Wnętrze ogromnej katedry wypełnione było wonią tysięcy kadzideł, które uwalniając zapach palonych ziół zagęszczały również delikatną mgiełkę dymu. Dym zdawał się rezonować z niekończącymi się zwrotkami kolejnych pochwalnych psalmów na cześć Boga Imperatora. Główna nawa katedry wznosiła się bardzo delikatnie w stronę głównego wejścia, co zapewniało lepszą widoczność z pozostałych rzędów. Świątynia rozmiarami przypominała wielki hangar, w którym zmieściłby się niewielki krążownik floty Imperium a pomimo takich rozmiarów, wnętrze było wypełnione ludźmi, którzy zgromadzili się by pożegnać dowódcę Pięćdziesiątego Piątego Regimentu Piechoty z Descot.
Kasztelan Desmond Aubrey został skremowany a jego prochy spoczęły w przyozdobionej ornamentami urnie, która stała przed ołtarzem na specjalnym cokole obok którego stały sztandary regimentu.
Niezliczone rzędy ław, w których siedział cały sztab dowódczy jednostki jak również przedstawiciele innych formacji wojskowych i floty. Ponad głowami siedzących górowały trzy postacie w zbrojach Adeptus Astartes zakonu Kosmicznych Wilków, którzy zostali wysłani aby oddać szacunek zmarłemu dowódcy. W kolejnych rzędach zasiadali wysocy rangą nobilitowani, przedstawiciele Adeptus Administratum, Adeptus Terra i wielu innych służb Imperium.
W siedemnastym rzędzie, pomimo powagi ceremonii, dwóch dostojnie ubranych mężczyzn prowadziło ściszonym głosem rozmowę.
- Musisz mi opowiedzieć jak do tego doszło, oczywiście dostałem oficjalne zaproszenie ale nie miałem czasu i ochoty zapoznawać się z notą informacyjną, poza tym sam wiesz jak pełne są one ogólnikowego bełkotu. Za bardzo cenię swój czas na takie głupoty... - stwierdził wysoki i szczupły mężczyzna.
- Alginiusie, zawsze Ci powtarzam, że kiedyś nabawisz się przez to kłopotów. Oficjalny ceremoniał jest często ważniejszy niż utrzymanie okopów na Cadii - zażartował grubszy z rozmówców odwracając głowę od swojego przyjaciela.
- Cadii już nie ma tak samo jak ja nie mam czasu na takie oficjały.
- Ohh, drogi przyjacielu, nie często zdarza się taka okazja aby pojawić się w jednym miejscu w takim towarzystwie. Daje to mnóstwo możliwości do nawiązania nowych znajomości, nowych interesów i kooperacji. Gdyby nie śmierć poczciwego Kasztelana Aubrey'a nie mielibyśmy wielkich szans zobaczyć na własne oczy Adeptus Astartes naszego Pana Imperatora, niech nas ma w swojej opiece.
- Petrus, ciebie zawsze ekscytowały ploteczki i knucie - odparł wysoki mężczyzna - no dobrze, to opiszesz mi jak zginął Kasztelan 55 regimentu i dlaczego jest chowany z taką pompą?
- Dobrze, ale w wielkim skrócie - zachichotał Petrus - Kasztelan, miej w opiece jego duszę nasz Imperatorze, brał udział w kampanii o system Nachmund. Wykazał się tam wielkim kunsztem taktyka, stratega jak również dyplomaty bo jego współpraca z Adeptus Astartes nie sprowadza się do wydawania rozkazów, raczej się je przyjmuje a mimo to Zakon poświęcił obecność trzech swoich braci aby oddali mu hołd.
- No dobrze, był bohaterem ale jak zginął? - dopytywał Alginus.
- Po długiej i ciężkiej kampanii zdecydowano o wycofaniu wojsk Imperium z systemu Nahmund, podczas odwrotu, Pięćdziesiąty Piąty musiał przebić się przez linie sił zdradzieckich legionistów a dokładnie przez linie bandy "Forgotten Sons". To jakaś banda renegatów, która napsuła sporo krwi naszym siłom. Sam Desmond zdecydował się na osłone tyłów swoich oddziałów, bardziej dbał o swoich ludzi niż o siebie. Gdy wszystko wskazywało na to, że uda się osiągnąć cel uratowania regimentu, Lord Chaosu wraz ze swoim oddziałem w pradawnych zbrojach odciął mu drogę odwrotu. Ciało Aubrey'a zostało odzyskane, sami najwyżsi kapłani odprawili wielodniowe obrzędy oczyszczenia go z plugastwa chaosu. Kremacja odbyła się również pod nadzorem Inkwizycji.
Pogrzeb, nawet tak wielki, to już była błahostka przy skali zaangażowania tylu służb imperium w tej operacji. Sama wizyta trzech Astartes to niebywały precedens, aby zakon Kosmicznych Wilków, oddelegował ich tylko na potrzeby pogrzebu jednego człowieka. Człowieka! - podkreślił Petrus
- A skąd Ty to wszystko wiesz?
- Do mojego lokalu, zaczął uczęszczać jeden z oficerów z 55'tego. Facet lubi wypić mocny trunek, jest hazardzistą i na dodatek strasznym gadułą. W dodatku nie znosi obecnego dowódcy, ma uraz że ominął go awans itd.
- To kto teraz prowadzi 55'ty?
- Pani Ksztelan, Elizabeth Bazzard, pierwszy rząd zaraz na przeciwko urny, młoda kobieta, czarne włosy z białym kosmykiem nad czołem.
Alginius, dzięki swojemu implantowi w lewym oku, odszukał kobietę o której mówił jego przyjaciel. Pomimo odległości udało się jej przyjrzeć, młoda kobieta o zamyślonej i zarazem smutnej twarzy, ewidentnie pogrożona w żałobie. Wrodzoną urodą nie pasowała do fachu jakim się zajmowała, życie w Astra Militarum to brutalny i szorstki świat a Ona przedstawiała sobą piękno i delikatność... co bardzo go zaintrygowało.
- Bazzard, cóż to za pospolite nazwisko? - skomentował Alginius, nie spuszczając z niej swego uzbrojonego w implant oka.
- Ano właśnie pospolite - odparł Petrus - Pani kasztelan zaczynała jako zwykły sierżant ale podczas kampanii poprowadziła swój pluton do heroicznej szarży na Demona chaosu. Cały pluton został wybity do nogi ale Ona była jedyną ocalałą - wg plotek znalezioną ją trzymającą swój bagnet zatopiony w ciele czegoś co wcześniej było opanowane przez owego Demona. Ranna został odtransportowana do szpitala, gdzie Desmond uhonorował ją polowym awansem na oficera, po rekonwalescencji doszła do siebie choć pozostała jej pamiątka po tamtej bitwie - biały kosmyk włosów nad czołem. Po ukończeniu przyspieszonych kursów i szkoleń zaczęła wspinać się po szczeblach kariery oficerskiej. Młoda, błyskotliwa plus Desmond ewidentnie ją lubił.
- Może miała z nim romans? - zapytał Alginius.
W tym momencie twarz Pani Kasztelan pochmurniała nieco bardziej, na tyle na ile Alginius mógł to dostrzec. Elizabeth uniosła delikatnie głowę, która wcześniej była mocno pochylona w modlitwie i spojrzała delikatnie w lewo tak jakby rozglądała się za kimś aby po chwili znowu powrócić do kontemplacji i modłów.
Chóry serwitorów zaczęły nucić pieśń Lex Imperator, po pierwszej zwrotce reszta katedry również przyłączyła się do pieśni.
- Nonsens - odparł Petrus - z mojego źródła wnioskuję, że faktycznie Stary objął ją swego rodzaju protektoratem ale był dla niej za stary, dzieliło ich kilkadziesiąt lat różnicy. Może widział w niej coś w stylu córki lub po prostu dostrzegł w niej następcę? Podobno ma talent w dowodzeniu ludźmi.
- No dobrze ale to raczej oczywiste, że tak faworyzowana osoba, będzie miała całą kadrę oficerską regimentu przeciwko sobie. Jak Ona ma teraz dowodzić w takim środowisku?
- Hartmann.
- Kto?
- Hatmann, Komisarz Hartmann, dobry przyjaciel Aubrey'a. Jeszcze za życia Starego, pilnował jej kariery i pomagał w "rozwiązywaniu" problemów z innymi oficerami. Teraz po śmierci Desmonda zapewne stanie się jej prawą ręką. - podsumował Petrus.
- Może Pani Bazzard ma romans z Komiasarzem Hartmannem? - zapytał nie kryjąc uśmiech Alginus, cały czas obserwując kobietę.
Elizabeth, ponownie delikatnie uniosła głowę i rozejrzała się, tym razem w prawo aby kolejny raz po chwili wrócić do modlitwy. Ta krótka chwila pozwoliła Alginiusowi jeszcze lepiej przyjrzeć się jej twarzy. Faktycznie naturalne piękno uderzało i było w ogromnym kontraście do prostego wojskowego munduru Astra Militarum. Widoczny biały kosmyk włosów wyglądał nienaturalnie na tle czarnych włosów ale pomimo to nadawał jeszcze ciekawszego charakteru jej twarzy. Alginius zastanowił się przez kilka sekund, jak taka delikatna kobieta może odnaleźć się na polu bitwy, walcząc przeciwko wrogom Imperium.
- Komisarz Hartmann to służbista w pełnym tego słowa znaczeniu, rozstrzelałby własną matkę gdyby miał ku temu podstawy. Gdyby dopuściłby się takiego romansu to sam wydałby rozkaz "Ognia" plutonowi egzekucyjnemu, który miałby go rozstrzelać. - zażartował Petrus.
- Tylko z tego co mówisz - Alginius ciągnął wątek dalej - nowy dowódca, to kobieta, z pospolitym nazwiskiem, zaczynająca swojaj karierę z poziomu stopnia podoficerskiego i mająca wsparcie Dowódcy regimentu i Komisarza. Rozumiem, że do pewnego stopnia i na ogólnym poziomie włos z głowy jej nie spadnie ale koszary Astra Militarum są często wielkie i pełne ciemnych zaułków. Ba w samej bitwie nie trudno o jakiś "zbłąkany" strzał od oficera z własnego oddziału. - kontynuował wywód.
- Masz rację ale Pani Kasztelan, zdobyła zaufanie swoich ludzi czynami. Prowadzona przez nią kompania, odnosiła spore sukcesy nie ponosząc zbyt wielkich strat. To ostatnie jest bardzo lubiane przez zwykłych żołnierzy - jak łatwo się domyśleć.
Chór zakończył Lex Imperator długą, wręcz gardłową nutą, po której to kolejny psalm rozpoczęty został przez głównego Kapłana Katedry.
- Z doświadczenia wiem, że wystarczy jeden gniewny człowiek - nie odpuszczał Alginius, wciąż spoglądając na modlącą się kobietę.
Petrus uśmiechnął się tak jakby coś właśnie zrozumiał.
- I tu dochodzimy chyba do sedna, mianowicie nikt, również my dwaj, nie doceniamy Pani Bazzard. - odparł Petrus - Często zdarza się, że oficer otacza się zaufanymi ludźmi, tworząc swego rodzaju gwardie przyboczną. W przypadku naszej nowej Pani Dowódcy nie jest inaczej, ma swoich ludzi ale w śród nich jeden na pewno wyróżnia się ponad wszystko.
Petrus pochylił głowę nisko i wymamrotał dwie kolejne linijki psalmu rozpoczętego przez Kapelana.
- No nie trzymaj mnie w takiej niepewności - zaczął niecierpliwić się Alginus - któż to taki i gdzie siedzi, chce go obejrzeć?
- Tej postaci chyba dziś nie obejrzysz.
- Jak to? - dopytał, coraz to bardziej zaciekawiony Alginius.
- To Abhuman a ich nie wpuszczają do pierwszych rządów na tak znakomite pogrzeby.
- Abhuman, masz na myśli Ogryn'a?
- Tak, Pani Kasztelan ma w swojej gwardii przybocznej Ogryn'a, jeśli dobrze pamiętam nazywają go "O.J." - ciągnął dalej Petrus
Po katedrze tym razem rozniósł się donośny lecz wysoki głos młodego chłopca, solisty ubranego w prosty biały habit z przewieszonym przez szyję wielkim różańcem. Pieśń którą śpiewał rozniosła się po sam szczyt sklepienia katedry i ciężko można było uwierzyć że tak mała istota potrafi tak donośnie śpiewać.
- O.J. pospolite przezwisko ciągnie swój do swego - zakpił Alginus.
- Zgoda ale faktycznie ich dwójka jest wręcz nierozłączna, no może poza taką jak dziś okazja, za to do boju idą zawsze razem. Podobno uratowali sobie nawzajem życie nie raz a to chyba wiąże ludzi mocno... - usprawiedliwiał Petrus.
Alginus oglądając wciąż Elizabeth swoim sztucznym okiem, nie był w stanie wyjść z podziwu jej urody i delikatności a zarazem czuł do niej żal że marnuje swoje życie na karierę w Astra Militarum, co jak ogólnie wiadomo nie ma zbyt długiego horyzontu jeśli chodzi o przeżywalność. Marnotrawstwo takiej urody powinno być karane - pomyślał - i na dodatek jeszcze abhuman w jej otoczeniu.
Myśl o tym, że nie będzie mu dane nigdy jej poznać, obcować z jej urodą wprawił go w dziwny gniew wymieszany z zazdrością...
- Może ma z nim romans? - zapytał szyderczo Alginus.
Jego przyjaciel nie zdążył zareagować bo w chwili gdy Alginus zadał to pytanie, Elizabeth Bazzard, którą oglądał na pełnym powiększeniu, która wypełniała całą jego matrycę implantu, która urzekła go swoją urodą... błyskawicznie odwróciła głowę w prawo i spojrzała dokładnie w implant Alginusa. Dzieliło ich siedemnaście rzędów ław, wypełnionych gośćmi i oficjelami zapewne było ich ponad dwieście osób a Ona spojrzała dokładnie na niego! Jej wzrok był przenikliwy i powodował wręcz fizyczny ból wymieszany z upokorzeniem.
Speszony Alginius w jednej chwili pochylił głowę i odszukał w pamięci wersy kolejnego psalmu, który obecnie był odmawiany i nerwowo zaczął go głośno recytować.
- Wszystko w porządku? - zapytał Petrus zdziwiony nagłą zmianą w postawie przyjaciela, który od samego początku pogrzebu nie wyrecytował nawet jednej linijki psalmu. - Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha.
poniedziałek, 25 maja 2026
55th - Descot - Dziedzictwo
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz