poniedziałek, 28 września 2026

55th - Descot - Serce Fraktalu

 

 




Mostek kapitański jednostki transportowej różnił się wyposażeniem od jednostek liniowych. Był bardziej surowy i kanciasty lecz nadal zachowywał gotyckie wykończenie kojarzone z flotą imperium.
Wysoki sufit krył się w półmroku a na ścianach, co kilka metrów, umiejscowione były stylizowane witraże przedstawiające świętych i patronów żeglarzy Osnowy.

Kasztelan Elizabeth Bazzard, jako dowódca 55 z Descot, znajdowała się na mostku kapitańskim tylko dzięki uprzejmości i kurtuazji samego kapitana jednostki. Nie miała wielkiego pojęcia o żegludze międzygwiezdnej, poza standardowa wiedzą przekazywana na szkoleniu oficerskim. Ogólnie rzecz ujmując, złożony proces podróży międzygwiezdnej sprowadzał się do kilku stwierdzeń. Niebezpieczna, przerażająca i ekstremalnie ryzykowna.
Pomimo to Regiment z Descot wraz z kilkoma kompaniami z innych regimentów, zostały zamusztrowane i przygotowane do relokacji do sektora Baumont. Tam pięćdziesiąty piąty miał oczekiwać na kolejne rozkazy, które mogły nadejść następnego dnia ale również mogły nadejść miesiąc później a taki czas to świetna okazja aby przegrupować całą jednostkę.
Za każdym razem gdy Bazzard była na pokładzie jednostki dokonującej tranzytu do Osnowy, nerwowo przeczesywała dłonią swój kosmyk białych włosów na czole. Kosmyk bieli był pamiątka po kampanii w sektorze Nachmund, gdzie jako sierżant piechoty dokonała czegoś niebywałego a zarazem głupiego. Akt heroizmu z jej strony doprowadził ją, do awansu oficerskiego a potem do dowództwa regimentu. Okupione było to jednak tym, że za każdym razem kiedy przejmował ją stres lub strach, musiała za każdym razem odruchowo przeczesać ów kosmyk. Był to dziwny odruch, przypominający jej, że cokolwiek ją przeraża w danej chwili jest niczym wobec tego czemu stawiła czoła na Nachmund. 

- Kapitanie, Komodor Mathaias prosi o potwierdzenie pozycji w szyku i gotowości do rozpoczęcia procedury transferu. - odezwał się jeden z młodych oficerów łączności.
- Dziękuję poruczniku, proszę przesłać pozdrowienia dla Komodora wraz z potwierdzeniem pozycji i naszej gotowości. - nadmiernie wysoki głos młodego kapitana przekuwał uszy w specyficzny sposób.

Kapitan był bardzo młody jak na dowództwo, nawet takiej jednostki jak zwykły transportowiec. Głos wysokiego i chudego mężczyzny mógłby wręcz świadczyć o nieprzebytej mutacji głosu ale Bazzard po chwili odrzuciła ta niedorzeczna myśl i skupiła się na obserwowaniu gwaru który zaraz po słowach kapitana przetoczył się po mostku.
Każdy z obecnych oficerów i podoficerów rozpoczął złożoną procedurę transferu do Osnowy.

- Wiadomość wysłana, otrzymaliśmy potwierdzenie odbioru - oznajmił łącznościowiec.
- Dobrze, no to zaczynamy - skomentował kapitan - poruczniku Regor, zamykamy statek.
- Tak jest - Bazzard usłyszała odpowiedź.

Po chwili rozległ się głośny dźwięk mechanizmów zasłaniających iluminatory mostka. Wielkie i ciężkie zewnętrzne zasłony zaczęły opuszczać się niczym kurtyny w teatrze. Zasłony te były konieczne bo podróż przez Osnowe bo to co kryło się w Osnowie to istny koszmar dla śmiertelników, choćby krótkie spojrzenie w Imaterium kończyło się w najlepszym wypadku szaleństwem... w najlepszym.

- Navis Nobilite, proszę potwierdzić gotowości - dodał kapitan.

Główny nawigator siedział zanurzony w głębokim transie medytacyjnym na swoim specjalnym fotelu. Na głowie miał założony specjalny hełm dzięki któremu był w stanie nawigować wewnątrz Osnowy. Stłoczeni wokół niego adepci Astra Telepathica potwierdzili gotowość. W tym momencie po mostku przetoczył się głośni zgrzyt metalu. Był na tyle wyraźny i głośny, że wszyscy spojrzeli w jednej chwili w tym samym kierunku. Zasłona iluminatora 2A zatrzymała się w połowie swojej drogi.

- Poruczniku Regor, co z moimi zasłonami? - kapitan zadał pytanie, które oczywiście było retoryczne.
- yyyy... mechanizm, sir, chyba się zaciął - odpowiedział zakłopotany porucznik.
- Widzę poruczniku, proszę to naprawić! Łączność, przekazać wiadomość do Komodora, potrzebujemy 5min do zakończenia procedury zamknięcia jednostki.

Pięć minut, Bazzard pomyślała o tym ile może wydarzyć się na polu bitwy w piec minut. Całe odcinki frontu mogą się załamać w mniej niż pięć minut a tu mamy problem z zasłona...
No cóż inna gałąź sił zbrojnych Imperium to inne kłopoty.

Mechanizm zasłony iluminatora był kilkukrotnie restartowany. Zasłona była podnoszona i opuszczana ale zatrzymywała się w tym samym miejscu. Opóźnienie wpływało na opóźnienie całej flotylli które czekały na potwierdzenie o gotowości transportowca. Po dziesięciu minutach zasłona dotarła na swoje miejsce ale runa odpowiedzialna za potwierdzenie pełnego domknięcia zaświeciła się na zielono dopiero po kolejnych dwóch minutach. Główny Technokapłan jednostki odprawił krótki rytuał poświęcenia zasłony aby być pewnym stabilności mechanizmu... kolejne 10 minut.

- Wysłać potwierdzenie zabezpieczenia jednostki - rozkazał kapitan niezwłocznie po zakończeniu rytuału.

Czerwona twarz kapitana zdradzała zakłopotanie i pewną dawkę wstydu. W marynarce najbardziej liczą się szczegóły a dowódca jednostki odpowiada swoim imieniem za całą załogę. Takie wpadki ciągną się latami za kariera oficera i narażają go na zgryźliwe docinki wśród kadry.

- Cóż za wpadka, czyż nie? - skomentował zza pleców Bazzard komisarz Hartman

Elizabeth lekko uśmiechnęła się pod nosem, nie zwróciła uwagi że stary komisarz stał za nią.

- Tak, przypomnij sobie Nachmund, za takie problemy jak ta zasłona, tam dalibyśmy się pokroić.
- Święte słowa Pani Kasztelan. - odpowiedział Hartman.

"Pani Kasztelan", zwracał się tak do niej tylko jak miał coś trudnego do przekazania. Odwróciła się do niego i spojrzała w mu w twarz. Minę miał surowa i sroga, jak zawsze. Teraz, poorana zmarszczkami i kilkoma bliznami zdradzała zaawansowany wiek ale pomimo to dało się dostrzec również wielki wigor który nadal tlił się pod postawa komisarza.

- Pani Kasztelan... o co chodzi Klaus?

Hartman podrapał się po brodzie, którą zawsze miał idealnie ogoloną, nawet podczas najdłuższych kampanii i pomimo braku warunków jakimś cudem zawsze był schludnie ogolony. 

- Po wyjściu z Osnowy zostaję oddelegowany. - odparł po chwili zastanowienia.
- Jak to wysiadam? - odparła Elizabeth.
- Po wyjściu z Osnowy, w sektorze Baumont, mam rozkaz zejścia z jednostki. Dostałem rozkazy z Imperialnego Komisariatu, zostałem oddelegowany z 55tego. - wytłumaczył komisarz -  Chyba trafię za biurko... - dodał po chwili.

Wiadomość przeszyła Elizabeth niczym gorący sztylet. Hartman był jej przyjacielem i mentorem, ogromnie pomógł jej gdy przejmowała dowództwo nad regimentem. Wielu oficerom w 55'tym nie spodobała się ostatnia decyzją starego Desmonda - poprzedniego dowódcy. Hartman wtedy wsparł ją w tym aby naprostować kilka charakterów, dzięki temu dał jej czas w którym udowodniła swoje umiejętności i zdobyła serca i umysły żołnierzy.

- Jak to, za biurko? Dlaczego wcześniej nic nie mówiłeś?
- Bo nie wiedziałem, rozkazy dostałem wczoraj. Uwierz mi, jestem stary i czuje to każdego ranka. Pod tym czarnym płaszczem kryje się coraz chudszy i słabszy człowiek ale odwołanie do Komisariatu... to będzie jak wyrok.

Cały mostek jednostki zadrżał gdy duch maszyny głównego napędu wybudził się ze snu.
 
- Osłony Geller działają bez zarzutu. - dało się słyszeć z sali.

Kolejny dźwięk rozbrzmiał w uszach wszystkich obecnych. To maszyna wspomagająca głównego nawigatora, on sam napiął się jak struma a jego głowa odchyliła się do tyłu. Twarz nie zdradzała bólu ale grymas wskazywał, że transfer do Osnowy to nie jest zwykła procedura dla nawigatora.

- Rozpocząć przejście! - kapitan wydał rozkaz swoim wysokim głosem.

Jednostka rozedrgała się jeszcze bardziej. Zza zasłon iluminatorów zaczęły dochodzić dźwięki trzasków błyskawic co świadczyło, że jednostka przekracza właśnie granice Imaterium. Elizabeth przeczesała biały kosmyk włosów na czole a druga rękę zacisnęła bardziej na balustradzie przy której stała. Transportowiec zaczął wibrować jeszcze bardziej. Z wnętrza jednostki zaczęły dochodzić niepokojące dźwięki. Wydawało się, że jednostka poddawana jest ogromnemu ciśnieniu. Kadłub wył i skrzeczał, jakby był wyginany i skręcany przez jakieś tytaniczne siły. Kapitan rozglądał się po swojej załodze na mostku, wyraz jego twarzy wskazywał że nie jest to normalne.

Dezorientację przerwał przeraźliwy krzyk nawigatora, który nagle zaczął wić się w swoim fotelu jakby coś rozdzierało go od środka. Twarz co chwilę wykrzywiała się w innym groteskowym grymasie bólu. Młodsi adepci nawigacji, którzy wspomagali głównego nawigatora, zaczęli panikować nie wiedząc co się dzieje. Główny Techkapłan zaczął gorączkowo recytować święte hymny diagnostyczne. Dodatkowo wszystko to było przekrzykiwane głośnymi syrenami alarmowymi.

- Co się dzieje Kapitanie - krzyknął Hartman
- Jeszcze... jeszcze nie wiemy - wypiszczał dowódca

Wokół jednostki szalał sztorm Osnowy. Grzmoty wymieszane z jękami plugawych istnień. Elizabeth wiele razy była na pokładzie statku pokonującym galaktykę w ten sposób ale nigdy nie doświadczyła czegoś podobnego. Kadłub jednostki cierpiał niczym żywa istota skręcana i wyginana na wszystkie strony. Osłony iluminatorow na mostku zaczęły wyginać się do wewnątrz po uderzeniach jakichś demonicznych pieści. Wszyscy na mostku spojrzeli na osłonę iluminatora 2A, która przed startem nie chciała się domknąć. Trzy punkty pojawiły się na osłonię, niczym szpony jakiegoś drapieżnika próbowały przebić się do środka a gdy to się nie udało zaczęły przesuwać się od podstawy osłony w jej górę. Pozostawione trzy głębokie bruzdy powodowały, że mechanizm domykający przesłonę zaczął niebezpiecznie zgrzytać i jęczeć. Runa potwierdzająca status tej konkretnej osłony zmieniła kolor na czerwony. Sam iluminator, znajdujący się pod przesłona momentalnie zaszedł szronem, co wskazywało na rozszczelnienie kadłuba.

- Musimy awaryjnie wyjść z Osnowy!!! - krzyknął Hartman - nawigator, wyciągnij nas, przerwij to!

Główny nawigator nadal wierzgał w swoim fotelu, przez jego twarz zaczęły przepływać obrazy innych postaci, demonicznych stworów, plugastwa Osnowy. Na mostku kapitańskim dało się słyszeć charkot, wycie i szalony śmiech istot, które ewidentnie chciały dostać się na pokład a sądząc po stanie statku zaraz mogło do tego dojść. 

- Serce... Fraktalu... - z gardła nawigatora wydobył się gardłowy głos, który ewidentnie nie był jego własnym - powrót...

Komisarz Hartman nie miał wątpliwości, rozpoznał opętanie biednego nawigatora i wolał nie ryzykować. Wymierzył swój pistolet boltowy w głowę nieszczęśnika. Widzący to kapitan jednostki krzyknął.

- Nie, głupcze, zgubisz nas wszystkich!!!

W tej samej chwili transportowcem szarpnęło tak silnie, że dało się słyszeć wycie kompensatorów przyspieszenia które osiągnęły maksimum swoich możliwości. Kto nie był przypięty do fotela gruchnął na ziemie. 
Potem nastała cisza.

Mostek transportowca zalany był mrokiem tak gęstym, że mogło się wydawać iż znajduje się wewnątrz czarnej dziury. Nagle kolejne źródła światła zaczęły przebijać się przez czerń. Najpierw czerwone światła syren alarmowych i potem zielonkawy blask konsol. Kilka sekund później nad mostkiem zapiszczał cienki głos kapitana.

- Panie Calamy, raport uszkodzeń jeśli łaska!!!

Elizabeth Bazzard siedziała na podłodze nadal trzymając się jedna ręką balustrady, czuła się jak po szalonej jeździe na kolejce górskiej. Obolała wstała i przeczesała biały kosmyk włosów.

- Strzeliłeś? - zapytała starego komisarza.
- Nie, nie zdążyłem. - odparł.

W tym momencie dało się słyszeć spływające raport od poszczególnych oficerów. Integralność kadłuba 83%, osłony Geller 46%, w czterech miejscach jednostka traciła atmosferę, doszło do czterech sytuacji w których członkowie załogi popadli w obłęd lub zostali opętani. Jedna z ofiar był główny nawigator, który śliniąc się został powoli zdjęty z fotela. Jego ciało wręcz dymiło choć nie nosiło oznak poparzenia za to po zdjęciu hełmu ukazał się wszystkim widok wypalonego trzeciego oka. Biedak, bełkotał coś bez ładu i składu. Komisarz Hartman nakazał odizolowanie go i trzymanie pod strażą. Jego miejsce, po odmówieniu psalmu oczyszczającego, zasiadł młodszy adept. Podłączony do systemów statku zaraportował.

- Nie rozpoznaje gwiazd, określenie pozycji zajmie nam tygodnie.
- Co jest pod nami? - zapytał kapitan wskazując na wyświetlacz auspex na głównej konsoli.
- Planeta, skład atmosfery zadowalający, sprawdzam w bazie danych parametry w celu ustalenia nazwy. Na razie bez rezultatu.
- Czy to możliwe, że wypadliśmy z Osnowy w niezmapowanym obszarze galaktyki? - dopytał Hartman

Młody nawigator wyglądał na fotelu jakby się rozglądał a po dłuższej chwili odparł.

- To nie możliwe, nie widzę Astronomiconu…

Brak Astronomiconu, latarni Terry, drogowskazu ludzkości mógł oznaczać kilka sytuacji ale żadna z nich nie była dobra. Zbyt duża odległość albo miejsce w ogóle poza znana galaktyką a może są nadal w Osnowie? Choć to ostatnie raczej przygniatało by ich nadal demoniczną emanacją. Elizabeth Bazzard przeczesała biały kosmyk włosów nad czołem. Uświadomiła sobie, że nie pamięta jak nazywa się transportowiec na który został zamusztrowany jej regiment.

- Kapitanie, jak nazywa się pański statek?
- Ararat - odparł zdziwiony tak niedorzecznym pytaniem dowódca.
- Wygląda na to, że Ararat będzie przez jakiś czas naszym wspólnym domem. Proszę przygotować spis wszystkich zasobów na jednostce, będziemy zmuszeni wylądować na tej planecie.


poniedziałek, 25 maja 2026

55th - Descot - Dziedzictwo

 Wnętrze ogromnej katedry wypełnione było wonią tysięcy kadzideł, które uwalniając zapach palonych ziół zagęszczały również delikatną mgiełkę dymu. Dym zdawał się rezonować z niekończącymi się zwrotkami kolejnych pochwalnych psalmów na cześć Boga Imperatora. Główna nawa katedry wznosiła się bardzo delikatnie w stronę głównego wejścia, co zapewniało lepszą widoczność z pozostałych rzędów. Świątynia rozmiarami przypominała wielki hangar, w którym zmieściłby się niewielki krążownik floty Imperium a pomimo takich rozmiarów, wnętrze było wypełnione ludźmi, którzy zgromadzili się by pożegnać dowódcę Pięćdziesiątego Piątego Regimentu Piechoty z Descot. 
Kasztelan Desmond Aubrey został skremowany a jego prochy spoczęły w przyozdobionej ornamentami urnie, która stała przed ołtarzem na specjalnym cokole obok którego stały sztandary regimentu.
Niezliczone rzędy ław, w których siedział cały sztab dowódczy jednostki jak również przedstawiciele innych formacji wojskowych i floty. Ponad głowami siedzących górowały trzy postacie w zbrojach Adeptus Astartes zakonu Kosmicznych Wilków, którzy zostali wysłani aby oddać szacunek zmarłemu dowódcy. W kolejnych rzędach zasiadali wysocy rangą nobilitowani, przedstawiciele Adeptus Administratum, Adeptus Terra i wielu innych służb Imperium. 
W siedemnastym rzędzie, pomimo powagi ceremonii, dwóch dostojnie ubranych mężczyzn prowadziło ściszonym głosem rozmowę.

- Musisz mi opowiedzieć jak do tego doszło, oczywiście dostałem oficjalne zaproszenie ale nie miałem czasu i ochoty zapoznawać się z notą informacyjną, poza tym sam wiesz jak pełne są one ogólnikowego bełkotu. Za bardzo cenię swój czas na takie głupoty... - stwierdził wysoki i szczupły mężczyzna.

- Alginiusie, zawsze Ci powtarzam, że kiedyś nabawisz się przez to kłopotów. Oficjalny ceremoniał jest często ważniejszy niż utrzymanie okopów na Cadii - zażartował grubszy z rozmówców odwracając głowę od swojego przyjaciela.

- Cadii już nie ma tak samo jak ja nie mam czasu na takie oficjały.

- Ohh, drogi przyjacielu, nie często zdarza się taka okazja aby pojawić się w jednym miejscu w takim towarzystwie. Daje to mnóstwo możliwości do nawiązania nowych znajomości, nowych interesów i kooperacji. Gdyby nie śmierć poczciwego Kasztelana Aubrey'a nie mielibyśmy wielkich szans zobaczyć na własne oczy Adeptus Astartes naszego Pana Imperatora, niech nas ma w swojej opiece.

- Petrus, ciebie zawsze ekscytowały ploteczki i knucie - odparł wysoki mężczyzna - no dobrze, to opiszesz mi jak zginął Kasztelan 55 regimentu i dlaczego jest chowany z taką pompą?

- Dobrze, ale w wielkim skrócie - zachichotał Petrus - Kasztelan, miej w opiece jego duszę nasz Imperatorze, brał udział w kampanii o system Nachmund. Wykazał się tam wielkim kunsztem taktyka, stratega jak również dyplomaty bo jego współpraca z Adeptus Astartes nie sprowadza się do wydawania rozkazów, raczej się je przyjmuje a mimo to Zakon poświęcił obecność trzech swoich braci aby oddali mu hołd.

- No dobrze, był bohaterem ale jak zginął? - dopytywał Alginus.

- Po długiej i ciężkiej kampanii zdecydowano o wycofaniu wojsk Imperium z systemu Nahmund, podczas odwrotu, Pięćdziesiąty Piąty musiał przebić się przez linie sił zdradzieckich legionistów a dokładnie przez linie bandy "Forgotten Sons". To jakaś banda renegatów, która napsuła sporo krwi naszym siłom. Sam Desmond zdecydował się na osłone tyłów swoich oddziałów, bardziej dbał o swoich ludzi niż o siebie. Gdy wszystko wskazywało na to, że uda się osiągnąć cel uratowania regimentu, Lord Chaosu wraz ze swoim oddziałem w pradawnych zbrojach odciął mu drogę odwrotu. Ciało Aubrey'a zostało odzyskane, sami najwyżsi kapłani odprawili wielodniowe obrzędy oczyszczenia go z plugastwa chaosu. Kremacja odbyła się również pod nadzorem Inkwizycji.
Pogrzeb, nawet tak wielki, to już była błahostka przy skali zaangażowania tylu służb imperium w tej operacji. Sama wizyta trzech Astartes to niebywały precedens, aby zakon Kosmicznych Wilków, oddelegował ich tylko na potrzeby pogrzebu jednego człowieka. Człowieka! - podkreślił Petrus

- A skąd Ty to wszystko wiesz?

- Do mojego lokalu, zaczął uczęszczać jeden z oficerów z 55'tego. Facet lubi wypić mocny trunek, jest hazardzistą i na dodatek strasznym gadułą. W dodatku nie znosi obecnego dowódcy, ma uraz że ominął go awans itd.

- To kto teraz prowadzi 55'ty?

- Pani Ksztelan, Elizabeth Bazzard, pierwszy rząd zaraz na przeciwko urny, młoda kobieta, czarne włosy z białym kosmykiem nad czołem.

Alginius, dzięki swojemu implantowi w lewym oku, odszukał kobietę o której mówił jego przyjaciel. Pomimo odległości udało się jej przyjrzeć, młoda kobieta o zamyślonej i zarazem smutnej twarzy, ewidentnie pogrożona w żałobie. Wrodzoną urodą nie pasowała do fachu jakim się zajmowała, życie w Astra Militarum to brutalny i szorstki świat a Ona przedstawiała sobą piękno i delikatność... co bardzo go zaintrygowało.

- Bazzard, cóż to za pospolite nazwisko? - skomentował Alginius, nie spuszczając z niej swego uzbrojonego w implant oka.

- Ano właśnie pospolite - odparł Petrus - Pani kasztelan zaczynała jako zwykły sierżant ale podczas kampanii poprowadziła swój pluton do heroicznej szarży na Demona chaosu. Cały pluton został wybity do nogi ale Ona była jedyną ocalałą - wg plotek znalezioną ją trzymającą swój bagnet zatopiony w ciele czegoś co wcześniej było opanowane przez owego Demona. Ranna został odtransportowana do szpitala, gdzie Desmond uhonorował ją polowym awansem na oficera, po rekonwalescencji doszła do siebie choć pozostała jej pamiątka po tamtej bitwie - biały kosmyk włosów nad czołem. Po ukończeniu przyspieszonych kursów i szkoleń zaczęła wspinać się po szczeblach kariery oficerskiej. Młoda, błyskotliwa plus Desmond ewidentnie ją lubił.

- Może miała z nim romans? - zapytał Alginius.

W tym momencie twarz Pani Kasztelan pochmurniała nieco bardziej, na tyle na ile Alginius mógł to dostrzec. Elizabeth uniosła delikatnie głowę, która wcześniej była mocno pochylona w modlitwie i spojrzała delikatnie w lewo tak jakby rozglądała się za kimś aby po chwili znowu powrócić do kontemplacji i modłów.
Chóry serwitorów zaczęły nucić pieśń Lex Imperator, po pierwszej zwrotce reszta katedry również przyłączyła się do pieśni.

- Nonsens - odparł Petrus - z mojego źródła wnioskuję, że faktycznie Stary objął ją swego rodzaju protektoratem ale był dla niej za stary, dzieliło ich kilkadziesiąt lat różnicy. Może widział w niej coś w stylu córki lub po prostu dostrzegł w niej następcę? Podobno ma talent w dowodzeniu ludźmi.

- No dobrze ale to raczej oczywiste, że tak faworyzowana osoba, będzie miała całą kadrę oficerską regimentu przeciwko sobie. Jak Ona ma teraz dowodzić w takim środowisku?
  
- Hartmann.

- Kto?

- Hatmann, Komisarz Hartmann, dobry przyjaciel Aubrey'a. Jeszcze za życia Starego, pilnował jej kariery i pomagał w "rozwiązywaniu" problemów z innymi oficerami. Teraz po śmierci Desmonda zapewne stanie się jej prawą ręką. - podsumował Petrus.

- Może Pani Bazzard ma romans z Komiasarzem Hartmannem? - zapytał nie kryjąc uśmiech Alginus, cały czas obserwując kobietę.

Elizabeth, ponownie delikatnie uniosła głowę i rozejrzała się, tym razem w prawo aby kolejny raz po chwili wrócić do modlitwy. Ta krótka chwila pozwoliła Alginiusowi jeszcze lepiej przyjrzeć się jej twarzy. Faktycznie naturalne piękno uderzało i było w ogromnym kontraście do prostego wojskowego munduru Astra Militarum. Widoczny biały kosmyk włosów wyglądał nienaturalnie na tle czarnych włosów ale pomimo to nadawał jeszcze ciekawszego charakteru jej twarzy. Alginius zastanowił się przez kilka sekund, jak taka delikatna kobieta może odnaleźć się na polu bitwy, walcząc przeciwko wrogom Imperium.

- Komisarz Hartmann to służbista w pełnym tego słowa znaczeniu, rozstrzelałby własną matkę gdyby miał ku temu podstawy. Gdyby dopuściłby się takiego romansu to sam wydałby rozkaz "Ognia" plutonowi egzekucyjnemu, który miałby go rozstrzelać. - zażartował Petrus.

- Tylko z tego co mówisz - Alginius ciągnął wątek dalej - nowy dowódca, to kobieta, z pospolitym nazwiskiem, zaczynająca swojaj karierę z poziomu stopnia podoficerskiego i mająca wsparcie Dowódcy regimentu i Komisarza. Rozumiem, że do pewnego stopnia i na ogólnym poziomie włos z głowy jej nie spadnie ale koszary Astra Militarum są często wielkie i pełne ciemnych zaułków. Ba w samej bitwie nie trudno o jakiś "zbłąkany" strzał od oficera z własnego oddziału. - kontynuował wywód.

- Masz rację ale Pani Kasztelan, zdobyła zaufanie swoich ludzi czynami. Prowadzona przez nią kompania, odnosiła spore sukcesy nie ponosząc zbyt wielkich strat. To ostatnie jest bardzo lubiane przez zwykłych żołnierzy - jak łatwo się domyśleć.

Chór zakończył Lex Imperator długą, wręcz gardłową nutą, po której to kolejny psalm rozpoczęty został przez głównego Kapłana Katedry.

- Z doświadczenia wiem, że wystarczy jeden gniewny człowiek - nie odpuszczał Alginius, wciąż spoglądając na modlącą się kobietę.

Petrus uśmiechnął się tak jakby coś właśnie zrozumiał.

- I tu dochodzimy chyba do sedna, mianowicie nikt, również my dwaj, nie doceniamy Pani Bazzard. - odparł Petrus - Często zdarza się, że oficer otacza się zaufanymi ludźmi, tworząc swego rodzaju gwardie przyboczną. W przypadku naszej nowej Pani Dowódcy nie jest inaczej, ma swoich ludzi ale w śród nich jeden na pewno wyróżnia się ponad wszystko. 

Petrus pochylił głowę nisko i wymamrotał dwie kolejne linijki psalmu rozpoczętego przez Kapelana.

- No nie trzymaj mnie w takiej niepewności - zaczął niecierpliwić się Alginus - któż to taki i gdzie siedzi, chce go obejrzeć?

- Tej postaci chyba dziś nie obejrzysz.

- Jak to? - dopytał, coraz to bardziej zaciekawiony Alginius.

- To Abhuman a ich nie wpuszczają do pierwszych rządów na tak znakomite pogrzeby.

- Abhuman, masz na myśli Ogryn'a?

- Tak, Pani Kasztelan ma w swojej gwardii przybocznej Ogryn'a, jeśli dobrze pamiętam nazywają go "O.J." - ciągnął dalej Petrus

Po katedrze tym razem rozniósł się donośny lecz wysoki głos młodego chłopca, solisty ubranego w prosty biały habit z przewieszonym przez szyję wielkim różańcem. Pieśń którą śpiewał rozniosła się po sam szczyt sklepienia katedry i ciężko można było uwierzyć że tak mała istota potrafi tak donośnie śpiewać. 

- O.J. pospolite przezwisko ciągnie swój do swego - zakpił Alginus.

- Zgoda ale faktycznie ich dwójka jest wręcz nierozłączna, no może poza taką jak dziś okazja, za to do boju idą zawsze razem. Podobno uratowali sobie nawzajem życie nie raz a to chyba wiąże ludzi mocno... - usprawiedliwiał Petrus.

Alginus oglądając wciąż Elizabeth swoim sztucznym okiem, nie był w stanie wyjść z podziwu jej urody i delikatności a zarazem czuł do niej żal że marnuje swoje życie na karierę w Astra Militarum, co jak ogólnie wiadomo nie ma zbyt długiego horyzontu jeśli chodzi o przeżywalność. Marnotrawstwo takiej urody powinno być karane - pomyślał - i na dodatek jeszcze abhuman w jej otoczeniu. 
Myśl o tym, że nie będzie mu dane nigdy jej poznać, obcować z jej urodą wprawił go w dziwny gniew wymieszany z zazdrością...

- Może ma z nim romans? - zapytał szyderczo Alginus.

Jego przyjaciel nie zdążył zareagować bo w chwili gdy Alginus zadał to pytanie, Elizabeth Bazzard, którą oglądał na pełnym powiększeniu, która wypełniała całą jego matrycę implantu, która urzekła go swoją urodą... błyskawicznie odwróciła głowę w prawo i spojrzała dokładnie w implant Alginusa. Dzieliło ich siedemnaście rzędów ław, wypełnionych gośćmi i oficjelami zapewne było ich ponad dwieście osób a Ona spojrzała dokładnie na niego! Jej wzrok był przenikliwy i powodował wręcz fizyczny ból wymieszany z upokorzeniem. 
Speszony Alginius w jednej chwili pochylił głowę i odszukał w pamięci wersy kolejnego psalmu, który obecnie był odmawiany i nerwowo zaczął go głośno recytować.

- Wszystko w porządku? - zapytał Petrus zdziwiony nagłą zmianą w postawie przyjaciela, który od samego początku pogrzebu nie wyrecytował nawet jednej linijki psalmu. - Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha.                                                                                                                                                                              
                                               

sobota, 8 marca 2025

55th Descot - pierwsza krew.

 

 


Niebo nad zrujnowaną dzielnicą Urbanosprawl Alpha zasnute byłą ciężkimi chmurami. Wisiały nisko, mogłoby się wydawać zaraz nad głowami, dając do zrozumienia że są pełne wilgoci i pyłu. Bezkresne zwały chmur, przypominające ogromny sztorm na niebie, nadawały okolicy ponury charakter.
Niebo nad Sangua Terra już od wielu miesięcy było zasnute grubym całunem, powstałym na skutek działań wojennych o skali planetarnej. Bliskość Citrix Meledictum też miał ogromny wpływ na każdy biom planety, próbując dyskretnie wstrzykiwać we wszystko co żywe kolejne dawki spaczenia Osnowy.

Sierżant Mattias Kyser, dowodził grupą wsparcia artyleryjskiego w wydzielonej grupie 55 Regimentu z Descot. Jako najstarszy stażem był naturalnym wyborem na to stanowisko i w sumie był bardziej z tego dumny niż zły. Choć to drugie uczucie od razu zrodziło się w jego umyśle po tym co zobaczył gdy dotarli na wyznaczone pozycje.
Rozkaz dla grupy był dość prosty, dotrzeć do pozycji bronionych przez Vadrugańkski 122 Regiment piechoty, który bronił tej części stolicy. Odcinek był broniony już trzeci tydzień a od dwóch dni przestały spływać meldunki od obrońców.
Pozycje zajmowane przez Vadrugan okazały się puste. Okopy, pozycje cieżkiego sprzętu jak i prowizoryczne koszary. Nic, po prostu pusto. Pozostały sprzęt leżał porozrzucany po ziemi ale w większości przypadków był zniszczony lub poważnie uszkodzony. Ślady walki były ewidentne ale nie znaleziono nikogo, nawet ciał ewentualnych rannych lub zabitych...
Wcześniejsze meldunki 122 Regimentu, wspominały o dużej ilości wojsk wyznawców chaosu, ogromne masy kultystów atakowały fala za falą w niekończącym się przypływie ciał. Według oficerów Sto Dwudziestego Drugiego, jeśli nie zostanie zakłócona linia zaopatrzenia, to ta część stolicy będzie bezpieczna - tak optymistycznie opisywali swoją sytuacje.

Dowodzący grupą z Decot, młody oficer w randze Kasztelana, wydał rozkazy rozlokowania podległych mu jednostek. Zgodnie z doktryną sierżant Mattias rozstawił swoją małą baterię dział typu Bombast na niewielkim placu na tyłach pozycji. Ku nieskrywanej niechęci swoich podwładnych, nakazał prowizoryczne okopanie dział w standardowym układzie dwóch par po dwa działa. Kultyści nie operowali swoją własną artylerią, zatem nie spodziewał się ognia kontr bateryjnego ale doświadczenie i nawyki wzięły górę.
Po kilkunastu minutach, gdy uznał że już czas aby potrząsnąć trochę swoimi ludźmi, przeszedł całą pozycję aby wytknąć im jakieś błędy, czy to w wykonaniu umocnień lub o "Standardzie Oporządzenia".
Nic nie ucinało zrzędzenia wśród żołnierzy jak opieprz za źle rozłożony sprzęt lub wystającą z za paska spodni wojskowa bluza.
Podczas obchodu Mattias dostrzegł oddział Kasarkinów wychodzących poza pozycje 55'tego, typowa taktyka rozpoznania bojem. Wyjść naprzeciw wroga, związać go krótką walką i wciągnąć pod ogień artylerii. Tak, to był znak, że zaraz można spodziewać się "misji ogniowych".
Sierżant, poprawił uprząż, którą na sobie nosił, poprawił odpowiednio czapkę, po czym sam w duchu uśmiechnął się do siebie, że sam potraktował siebie "Standardem Oporządzenia".
Reszta jego chłopców, widząc wyjście elitarnej jednostki w ziemię niczyją, też dopatrywała się znamion nadchodzącej walki. Jeden z ludzi, wspiął się nawet na koło armaty i opierając się rękami za pancerną płytę osłony, wyglądał w dal pomiędzy zniszczone zabudowania dzielnicy.

- Garza!!! Złaź natychmiast na dół matole! Nie twoją rolą jest wypatrywanie wroga! - wydarł się Mattias.
- Prze... przepraszam sierżancie, tak tylko chciałem spojrzeć. - tłumaczył się szeregowy, dokładnie wiedząc jaki sierżant potrafi być ostry gdy ktoś zajdzie mu za skórę.
- Przygotowałeś skrzynie z amunicją? - zapytał sierżant.
- Tak, sir. - odparł mocno poddenerwowany szeregowy, który był świeżym uzupełnieniem regimentu.
- Sir? Do jasnej cholery Garza, jestem sierżantem a nie oficerem, ja uczciwie pracuje na żołd! - odkrzyknął Mattias.
- Tak jest... sierżancie. - odkrzyknął żołnierz.

W tym momencie Mattias dostrzegł braki w oporządzeniu szeregowego Garzy.

- Szeregowy Garza, gdzie masz swój hełm? - zapytał sierżant bardzo spokojnym głosem, wręcz ojcowskim tonem, który mocno kontrastował z początkowym krzykiem.
- Zgubiłem go w trakcie przejścia na tą pozycje, Si... sierżancie. - zameldował Garza.
- Zgubiłeś?! - Mattias zapytał z tym samym co przed chwilą ojcowskim przejęciem w głosie.
- Tak, sierżancie, tempo marszu było duże a ja go źle przytroczyłem do plecaka.
- TEN HEŁM NIE NALEŻAŁ DO CIEBIE GARZA! TEN HEŁM NALEŻAŁ DO NASZEGO UMIŁOWANEGO IMPERATORA!!! - wykrzyczał sierżant
- Gubiąc ten hełm narażasz nas wszystkich na wielkie niebezpieczeństwo, pomniejszając nasz "Defensywną Postawę" i gwałcisz najświętsze prawa "Standardu Oporządzenia" a to właśnie te standardy odróżniają nas od zwierząt i wyznawców chaosu!
- Kapralu Jonas!
- Tak jest sierżancie! - odkrzyknął dowodzący działem żołnierz.
- Kapralu, to na Was spada obowiązek dotrzymania "Standardu Oporządzenia" w drużynie!
- Tak jest sierżancie!
- Odkurwakręćcie ten burdel albo cała drużyna pójdzie do raportu!
- Tak jest sierżancie. Szeregowy Garza, zwracam Ci uwagę na fakt, że wszystkie akcje wykonywane poza koszarami należy wykonywać zgodnie z regulaminem i z poważaniem "Standardu Oporządzenia". - kapral wycedził sztywną formułkę.
- Tak jest. - potwierdziła skołowana ofiara sierżanta.

Obejście pozycji baterii zajęło jeszcze kilkanaście minut, Mattias standardowo postawił do pionu jeszce kilku żołnierzy. Przejawiał wiarę w to, że czuwa nad nimi sam imperator ale wsparcie dyscypliny poprzez kontrolowany opieprz działał kojąco na morale przed bitwą. Bitwą, która właśnie dla nich rozpoczęła się rozkazem pierwszej misji ogniowej.
Rozkaz był prosty, koordynaty kwadratu, typ amunicji - HE(High Explosive), intensywność ognia.

Huk jego baterii w pełnym tempie ogniowym dla jednych był nie do zniesienia ale dla Mattiasa to była muzyka, którą mogły przebić tylko chwalebne hymny śpiewane przez zastępy chórów Świętej Terry.

- Koooocham to góóóównooo! - wykrzyczał Mattisa - Chłopcy to jak obrona Cadii! - zwrócił się do swoich ludzi po tym jak ostatnie działo wystrzeliło ostatni pocisk z salwy.

Misja zakończona, teraz czekanie na kolejne koordynaty i rutynowa kontrola dział. Niestety nie, nie mieli żadnych meldunków od wysuniętych obserwatorów o efektywności ich ognia. Może za jakiś czas oddział Kasarkinów przekaże jakieś meldunki i ewentualne poprawki.
Sierżant zamyślił się na chwilę ale z otępienia wyrwała go ciężka kropla, która spadła na daszek jego czapki. Zaraz po niej spadła kolejna na tylną część pancerza.
Deszcz - pomyślał - nie ma to jak walka w deszczu, przesiąknięty ciężki mundur to nic przyjemnego gdy oblepią go resztki prochów nośnych z pocisków artyleryjskich.

- Sierżancie... to krew. - zwrócił się do Mattiasa szeregowy Garza.
- Jaka krew, szeregowy? Jesteście ranni? Ile razy Wam mówiłem aby uważać na palce przy obsłudze zamka lufy! - wykrzyczał, zdenerwowanym tonem.
- Nie sierżancie, ten deszcz.. to krew.

Mattias nie do końca zrozumiał o co chodzi szeregowemu ale zaczął coraz bardziej analizować to zjawisko. Faktycznie ów "deszcz" wydawał się dziwny, rzadki, kropli było mało ale były za to ciężkie, ciemne i gęste. Większość ludzi jego baterii zaczęła również rozglądać się po sobie próbując odgadnąć pochodzenie tej zagadki.
Sierżant z zaciekawieniem spojrzał w górę. Chmury wyglądały tak samo jak przed chwilą i tak samo jak w momencie dotarcia na tą pozycje. Były ciężkie, brunatne i wisiały złowieszczo nisko.
Jedna z kropli spadła na policzek Mattiasa, ten odruchowo przetarł go dłonią aby od razu przyjrzeć się kropli.
Ciecz była faktycznie gęsta i ciemna a po rozsmarowaniu między palcami wnikała pomiędzy linie papilarne pozostawiając ciemnoczerwoną smugę.

- Może to jakiś olej z silników jakiegoś transportowca? - zapytał na głos kapral Jonas.

Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, pomiędzy sierżantem a szeregowym Garzą coś spadło z nieba i ugrzęzło w nasiąkniętej ziemi. Mattias zdążył zwrócić uwagę, że nie wyglądało to na granat moździerzowy a ni nic co miało za chwilę eksplodować im pod nogami. Niemniej jednak szeregowy Garza uskoczył w bok kładąc się na brzuchu w typowy sposób, którego uczono wszystkich w koszarach podczas szkolenia.
Przenosząc zdumiony wzrok z leżącego szeregowego na ów tajemniczy przedmiot dostrzegł więcej szczegółów. Z wrodzoną ostrożnością podniósł go, uznając że nie stanowi on większego zagrożenia jeśli tylko użyje do tego swoich grubych artyleryjskich rękawic. Już po samym wyjęciu z błota domyślił się, że ma do czynienia z ludzką dłonią, urwaną w nadgarstku. Palce dłoni były wygięte w dziwny i groteskowy sposób a sama rana wyglądała na relatywnie świeżą, krew nadal powoli się z niej sączyła.
Skąd się tu znalazła, doświadczenie jak i obrazy które widział Mattias, pozwalały mu wyobrazić sobie co mogło dokonać takiego okaleczenia. Jego własne działa były śmiercionośną bronią, która potrafiła rozdzierać wrogów na strzępy ale wokół nich nie było ostrzału a ów dłoń nie mogła tu dotrzeć, wyrzucona wybuchem z ich misji ogniowej.
Całą analizę przewał głośny plask tuż obok stojącego kaprala. Przedmiot był większy, dłuższy i od razu rozpoznawalny. Ludzkie ramię, nagie i pozbawione dłoni. Ramię, brutalnie wyrwane z barku jakiegoś nieszczęśnika, odsłaniało białą kość. Kapral z przerażeniem spoglądał raz po raz na okrwawione ramie i na sierżanta.
Od tego momentu, na całą linie baterii dział, zaczęły spadać kolejne części ciał - bo na pewno nie były to strzępy jednego człowieka. Od jednej z luf odbiła się ludzka głowa, która wylądowała na kolanach żołnierza obsługującego przyrządy celownicze. Szeregowiec spanikował i zaczął krzyczeć, po czym zaczęli wtórować mu kolejni żołnierze doświadczeni kolejnymi strzępami.
Obok sierżanta i szeregowego Garzy spadł cały ludzki korpus pozbawiony nóg, rąk i głowy. Głośny plask, spotęgowany błotem, zakończyło głuche i wręcz mdłe mlaśnięcie oznaczające wypływające z niego wnętrzności.
Garza od razu zwymiotował i padł na kolana odwracając wzrok od okropieństwa które właśnie zobaczył.
Sierżant, widział wiele w trakcie swojej kariery i choć nigdy nie twierdził ze jest odporny na takie widoki to jednak wprawiło go to w swego rodzaj otępienie. Pomimo tego stanu Mattais przyglądał się korpusowi i zaczął zwracać uwagę na koleje szczegóły. Korpus był brudny ale nie był nagi, ubranie zaś miało oliwkowy kolor, który tylko próbował przebić się poprzez mozaikę brudu, krwi i wewnętrznych płynów jakie wylały się po upadku. Im dłużej się przyglądał tym bardziej uświadamiał sobie że już gdzieś widział ów strój, te guziki i naszywki...
To bluza z Vadrugańskiego 122 Regimentu piechoty, to nieszczęśnik który bronił tej pozycji jeszcze kilka dni temu!
Cała obsługa jego baterii, wszyscy jego ludzie zaczęli popadać w panikę, tylko kilku ludzi zachowywało zdrowy rozsądek i starało się pomóc innym ale krwawy deszcz nadal kropił z nieba a strzępy ludzki ciał nadal spadał na ich pozycje. Wszechogarniający terror wkradł się w serca jego żołnierzy i nie wiedział jak temu zaradzić.
W końcu sam odważył się, w ramach próby zrozumienia co się dzieje, spojrzeć w niebo kolejny raz. Opad trwał nadal ale mogło się wydawać że jednak trochę zelżał. W gęstwinie ciemnych chmur Mattias dostrzegł kilka jasnoniebieskich punktów. Skupione obok siebie, z każdą chwilą, powiększały się jak i ich blask nabierał na sile. Sierżant nie wiedział na początku co to może być ale im dłużej przyglądał się ów zjawisku tym jeszcze większy strach zaglądał w jego duszę.
Jasne punkty wyłoniły się w końcu z za zasłony chmur, odsłaniając tym samym swój prawdziwy charakter.

- Chroń nas Imperatorze - wycedził Mattias.

Sześć potężnych, pradawnych pancerzy zdradzieckich Legionistów spadło z ogromnym impetem zaraz obok pozycji baterii dział. Lądowanie, które dla śmiertelnika mogło wyglądać jak katastrofa lotnicza, wzbiło falę błota i resztek jeszcze wolnego kurzu. Sześć postaci, po wylądowaniu, wyprostowało się i uniosło w kierunku żołnierzy Astra Militarum swoje boltery.
Od lądowania do pierwszych zabitych upłynęło niespełna pół sekundy, szybkość i brutalność ataku tylko dodawała grozy do całej sytuacji.
Po pierwszej salwie z pistoletów bolterowych, zdradzieccy Legioniści, używając plecaków odrzutowych doskoczyli do żołnierzy sierżanta Mattiasa.
Szarża była błyskawiczna, każdy z napastników zaatakował innego żołnierza, artylerzyści nie mieli większych szans. Uzbrojeni w miecze łańcuchowe Legioniści chaosu rozcinali lojalnych Imperatorowi ludzi z łatwością. Jeden ze zdrajców dopadł do szeregowego Garzy i jednym cięciem rozpłatał go od barku po miednicę. Miecz, mieląc truchło szeregowca rozbryzgało jego krew na twarz Mattiasa. Ten wzdrygnął się tylko ale nie wykonał żadnego ruchu, skamieniały wpatrywał się w największego z przeciwników.
Wielki pancerz, wyglądającego na lidera grupy zdrajców, ozdobiony był ohydnymi ornamentami, które same w sobie powodowały mdłości i wzbudzały strach od samego patrzenia na nie.
Hełm, po obu strona, wykańczały wielkie czerwone skrzydła, stylizowane na smocze lub jakiegoś innego demonicznego stworzenia. Maska hełmu nie wyrażała żadnych emocji ale powietrze wokół niej wibrowało niczym namacalną aurą strachu.
Olbrzym zbliżał się do sierżanta spokojnym krokiem, jako jedyny z grupy najeźdźców nie uruchomił swojego plecaka.
Kiedy zbliżył się do swojej ofiary, wykonał atak tak błyskawiczny, że Mattias nawet tego nie zarejestrował.
Nie zarejestrował, ze w tej jednej chwili jego ciało się poddało i w tym momencie zwisa nadziane na pazury wielkiej wspomaganej rękawicy swojego oprawcy.
W trakcie ataku, regulaminowa czapka sierżanta Mattiasa spadła z jego głowy w kałużę błota.
Mattias w ostatnim przejawie świadomości chciał się zganić... ale myśl za co, niestety uciekła mu w nicość.

 

 









 

środa, 31 stycznia 2024

Raport Inkwizytora A. B. Prince - Incydent nad Genuat

 Sprawa 113/12/654/M41.887
Inkwizytor A.B. Prince
Ordo Xenos
Do Najwyższego Lorda Inkwizycji

Mój Panie, zgodnie z Pańskimi rozkazami, zająłem się wyjaśnieniem incydentu zaistniałego na orbicie planety Genuat. Zgodnie z wcześniejszymi raportami, potwierdził się fakt iż statek - "Hope of Dezz" klasy Conveyor - opuścił Osnowę bezpośrednio w orbicie planety. Stąd wiadomo, iż podejrzenia o dopuszczenie się niedopełnienia obowiązków przez siły strzegące planety są bezpodstawne i powinny być odrzucone. Jednostka była monitorowana i wywoływana od raz jak tylko pojawiła się na skanerach.

Gubernator Falshav po otrzymaniu wiadomości o braku możliwości dokonania odpowiedniego abordażu przez siły Imperium - co swoją drogą uważam za przejaw problemów administracyjnych w systemie - poprosił o pomoc wydzielony odział Zakonu Deathwatch, który szczęśliwie zaopatrywał swoją fregatę na orbicie planety.
Minimalna zwłoka, jaką przejawił Gubernator została odnotowana i stanie się powodem kontroli Adeptus Administratum - którą będę wspierał również osobiście jako zewnętrzny doradca i agent Świętej Inkwizycji.

Kapitan, Grham Virgil, dowodzący siłami stacji orbitalnej, portem i całą infrastrukturą na orbicie, wykazał się inicjatywą dokonując, jak się potem okazało, nieudanej próby abordażu. Utrata ludzi skłoniła go do decyzji o przekonanie Gubernatora do szukania pomocy w ramionach Inkwizycji. Mój Panie, ocena Kapitana pozostaje pozytywna. Siła ducha i wiara w naszego Zbawcę Imperatora jest w nim niezachwiana. Upewniliśmy się o tym po wielogodzinnym przesłuchaniu, jak sam stwierdził cytuje "... było to moje najdłuższe 661 minut życia". Zalecamy obserwacje przy pomocy agentury w kadrze oficerskiej portu.

Teraz przechodząc do samej akcji naszego chwalebnego kapitan Santiago Lukara. Akcja desantu na statek widmo odbyła się zgodnie ze sztuką Zakonu - oczywiście nie mi to oceniać. Z raportu wynika, że zaraz po wejściu na pokład, oddział kapitana Santiago został od razu zaatakowany przez przebywające na pokładzie istoty. Sekcja zwłok po akcji potwierdziła wcześniejsze wnioski kapitana, istoty faktycznie okazały się mutantami, przedstawicielami ohydnego "kultu genokradów".
Zabite istoty były przedstawicielami, przynajmniej trzech pokoleń kultu, co pokrywałoby się z raportami z pacyfikacji podobnego kultu na planecie Vadruga V - ostatnie rejestrowane wyjście z portu statku widmo. Vadruga V, również nosiła znamiona infestacji kultem.
Sam opór Xenos na statku był słaby, niestety nie obyło się bez strat. Zakon będzie opłakiwał kilku braci z oddziału Bladeguard jak również śmierć chorążego(Bladeguard Ancient). Ich Genoziarno zostało odzyskane przez zakonnego Aptekarza zaraz po akcji.
Zabezpieczony statek, przenosił dużą ilość dóbr przetworzonych pochodzących faktycznie z planety Vadruga V.

Na osobny akapit mój Panie zasługuje szczególne odkrycie. Okazało się, że przedstawiciele kultu zdołali podróżować w Osnowie, dzięki Astrotelepacie z załogi "Hope of Dezz". Oczywiście ów nawigator został przesłuchany według najwyższych standardów Inkwizycji. Po pięciu dniach mieliśmy pewność, że nawigator został przekonany do współpracy z kultem przy pomocy silnej telepatii i incepcji myśli. Prawdopodobnie przez jednego z licznych psioników kultu jeszcze na planecie z której wyruszyli. W pewnym sensie stawia to jego sprawę w świetle, które mogłoby świadczyć o jego niewinności.
Jego koncesja Sankcjonowanego Psionika i Astropaty została cofnięta cztery godziny po zakończeniu przesłuchania.
Egzekucja odbyła się cztery godziny i trzy minuty po zakończeniu przesłuchania.
Raport z egzekucji znajduje się w załączniku 113/34/B/M41.887.

Kończąc swój raport mój Panie, chciałbym podkreślić, iż siły Inkwizycji i Zakonu Deathwatch stanęły jak zawsze na wysokości zadania. Szybka i zdecydowana akcja zapobiegła szerzeniu się wstrętnego kulty genokradów na kolejne systemy. Poparte jest to raportami ze stacji monitorujących jak również z raportów śledztwa przeprowadzonego na powierzchni planety. Nie odnaleziono żadnych śladów skażenia siłami Xenos na planecie Genuat.

Jak zawsze mój Panie pozostaje Twoim Największym i Najlojalniejszym Sługą.
Inkwizytor A. B. Prince

 

 



 

wtorek, 16 stycznia 2024

Genuat - Prolog

 - "Hope of Dezz" Sir, taka nazwa widnieje w rejestrach Imperium Administratum. - przekazał zaintrygowanym głosem młody porucznik - Klasa Conveyor, port macierzysty Rolocus w sektorze Ultramar, ostatni zarejestrowany wylot z Vadruga V... dwanaście lat temu.   
W ciemnym centrum dowodzenia przestrzenią orbitalną panował półmrok a odczyt danych z monochromatycznego monitora powodował, że młody porucznik skąpany był w zielonkawym blasku.
- Chce mi pan powiedzieć poruczniku Gret, że na orbicie Genuat , nagle, znalazł się imperialny frachtowiec, którego nikt nie widział od dwunastu lat? - zapytał z wielkim zaciekawieniem kapitan wachty.
- Na to wygląda Sir, skany orbity prowadzone są regularnie, dwie godziny temu go tam nie było.
- Czy nawiązali kontakt, odzywali się? - zapytał kapitan wachty.
- Nie, nic, cisza. Wywołujemy ich od kiedy pojawili się na skanach. Wykrywamy minimalny ślad pracy reaktora, jak również delikatne zmiany kursu. - zameldował porucznik.
- Czyli ktoś jest "w domu"?
- Zmiana kursy jest śladowa, może być to również nieszczelność kadłuba. Uciekająca atmosfera z pokładu również zadziała jak mikro ciąg. Wyślemy ekipę abordażową?

Ekipę abordażową... pomyślał kapitan, tylko czym? Braki we flocie orbitalnej sięgnęły takiego poziomu, że musiałby wysłać swoich ludzi w kontenerze transportowanym przez zwykły holownik. Wszystko co miało silniki i uzbrojenie zostało odesłane rozkazem admirała floty jako wsparcie wysiłku wojennego. Na uzupełnienia kazano czekać i tak to wygląda już osiemnasty miesiąc. Mężczyzna przetarł skronie myśląc, że to pomoże mu pozbyć się orbitującego wokół planety problemu. Dodatkowo na kotwicowisku, od trzech tygodni, uzupełnia swoje zapasy okręt niespodziewanych gości przed którymi Gubernator planety kaja się za każde niedociągnięcie.
Teraz mając, potencjalnie, opuszczonego Hulk'a na orbicie raczej nie przysporzy planecie dobrego imienia.

- Nic nie róbcie, pełny monitoring. Poproszę wydruki wszystkich danych, zaniosę je do "Starego".

#######

- Jak to milczy? Zmienia orbitę ale się nie odzywa? Nie możemy w takim razie go zestrzelić!? - pytał uniesionym głosem Gubernator Falshav.
- Posiadane przez nas uzbrojenie zniszczyłoby frachtowiec ale w sposób, który nie pozwoliłby na kontrolowane zejście wraku w atmosferę tak by tam spłonął. Szczątki zacząłby krążyć po orbicie swoimi własnymi trajektoriami, zagrażając infrastrukturze, innym statkom i... okrętom wojennym. - "Stary" zawiesił w przestrzeni ostatnie dwa słowa, licząc na to, że Gubernator domyśli się że jedyny okręt wojenny na orbicie to fregata klasy Gladius.
Gubernator uniósł lewą brew po 31 sekundach.

- Nie możemy do tego dopuścić, nasi "Goście" nie mogą w żaden sposób ucierpieć, to pogrążyło by mnie a również i Pana, Komandorze - wyrzucił z siebie szybko, dodatkowo wskazując palcem na "Starego" - nie możecie go jakoś zepchnąć z orbity?
- Frachtowiec tej klasy to kawał stali i adamantium, nasze holowniki pewnie dałyby sobie radę. Zastanawia mnie jednak co jest na pokładzie, zapewne tysiące kontenerów z urobkiem albo już przewożone towary. Czasami na takich frachtowcach są mniejsze jednostki takie jak wahadłowce, coś takiego mogłoby poprawić naszą sytuację w administrowaniu orbitą... a nawet planetą - ostatnie słowa ponownie zostały zawieszone w przestrzeni, tak aby Gubernator miał szansę "wpaść" na genialny pomysł.

Błysk w oku Gubernatora pojawił się dokładnie po 42 sekundach, które "Stary" liczył za każdym razem kiedy rozmawiał w ten sposób ze swoim przełożonym.

- Wyślijmy ekipę abordażową! Może nawet udałoby się uzyskać pryzowe od samej Admiralicji a jeśli nie będą chcieli go odkupić to wcielimy go do naszej lokalnej floty.

#######

Półmrok panujący w wysokim pomieszczeniu przypominającym katedrę rozświetlany był tylko przez niezliczoną ilość świec, które były nadzorowane przez zgarbionego odzianego w ciężkie szaty serwitora. Zapach kadzideł przypominał woń wielu egzotycznych przypraw prażonych nad ogniem. W wysokiej ścianie na końcu pomieszczenia wbudowany był okrągły wizjer wzorowany na kolorowy witraż przedstawiający ludzką czaszkę wkomponowaną w wielką literę I.
 Grham "Stary" Virgil i Gubernator Falshav, nie wiedzieli jak mają się zachować, co zrobić. Stali samotnie w wielkiej sali w blasku świec, przez witraż wpadało również snop światła odbitego od powierzchni Genuat. Snop padał dokładnie na ogromne, puste, krzesło przed nimi.
W tle słyszalny był zniekształcony mechanicznym modulatorem mowy, głos serwitora inkantującego kolejne psalmy odpowiedzialne za utrzymanie płomienia świec. Grham pozwolił sobie na chwilę refleksji nad losem zgarbionej postaci. Zastanawiał się co ten nieszczęśnik musiał zrobić, że przytrafił mu się taki straszny los. Biorąc pod uwagę gdzie się znajdowali, było to najpewniej związane z Inkwizycją. Widział wielu serwitorów, zawsze zastanawiał się ile pozostaje z człowieka po takim zabiegu. Czy ten biedak był jeszcze świadom samego siebie? "Stary" otrząsnął się z tej zadumy przypominając sobie gdzie był, tu pewnie za samo takie myślenie można było zostać posądzonym o herezje.
Spokój chwili zmącił nagły syk otwieranych drzwi automatycznych po którym nastąpiła seria ciężkich kroków.
Virgil naprężył się jak struna, jak podczas licznych szkoleń w Akademii. Pozwalając sobie tylko na ruch gałek ocznych rozglądał się skąd dokładnie dochodzą ich kroki, ponieważ ogrom sali powodował mylące echo.
Dźwięk kroków narastał i po dziewięciu sekundach, które "Stary" zaczął zliczać z poddenerwowania, wielka postać wyłoniła się z za ich pleców. Trzymetrowy wojownik odziany był w długie czerwone szaty, spod których wyłaniał się ciasny czarny kombinezon. Postać minęła ich i z gracją, o którą dzieżko było podejrzewać tak ogromne ciało, usiadła na krześle przed nimi.

Kosmiczny Marine, nadczłowiek, wojownik Imperatora, członek zakonu Deathwatch powiązanego z Imperialną Inkwizycją. Każdy pojedynczy element tego opisu jest w stanie zmrozić krew w żyłach człowieka.
Kosmiczny Marine to nieustraszony wojownik.
Nadczłowiek, to genetycznie modyfikowany wybraniec.
Wojownik Imperatora to żołnierz, którego celem jest oddać za niego życie.
Członek Deathwatch to weteran z niezliczonych innych zakonów.
Imperialna Inkwizycja to instytucja, z którą żaden z obywateli Imperium nie chce mieć nic do czynienia.

Siedzący na krześle wojownik, był ogromny, wielkie barki były szersze niż Grhama i Gubernatora razem wzięte. Ostre rysy twarzy wskazywały na wielkiego ducha walki z wrogami Imperium ale również na wysoką inteligencję. Brak włosów był raczej celowy bo Grham dopatrzył się, nawet w półmroku sali, delikatnych odrostów. Nad prawym okiem, wbite w czaszkę, widniały trzy srebrne nity. Virgil nie był pewny co oznaczały ale nie wyglądało to na rany odbyte w walce.

- Gubernatorze Falshav, Komandorze Virgili, w czym mogę pomóc. - niski i mocny baryton rozbrzmiał w przestronnej sali odbijając się delikatnie echem.
- Ehhh... - westchnął zestresowany Falshav - Chcielibyśmy prosić wielkiego Mistrza o pomoc.
- Nie jestem Mistrzem mojego Zakonu, nazywam się kapitan Santiago Lukar. Zostaliśmy godnie ugoszczeni w Waszym systemie, chciałbym wyrazić podziękowania w imieniu mojego Zakonu i Inkwizycji.

Oczywiście owo ugoszczenie to nie żadna przysługa ze strony Gubernatora czy "Starego", brak pomocy wojownikom Imperatora równał się z uznaniem planety jako zbuntowanej co wiązało się ze srogimi konsekwencjami.

- Tak, przepraszam wielkiego Kapitana - Gubernator próbował poprawić swoją przemowę, po czym rozpoczął chaotyczny bełkot mający na celu opisanie problem frachtowca widmo.

Kapitan Santiago, po dwudziestu czterech sekundach, które policzył Grham, podniósł rękę w stronę Gubernatora w geście powstrzymania go. Falshav w tej samej chwili zamknął usta i skierował swój wzrok w durastalową posadzkę podłogi. Dowódca Kosmicznych Marines, przekierował wymownie swój wzrok na komandora Virgila.
Tym samym "Stary" poczuł się wywołany do odpowiedzi, niczym kadet w Akademii.

- Kapitanie... Lukar - wycedził przełykając ślinę - Trzy dni temu, w dość niespodziewany sposób, pojawił się na naszej orbicie frachtowiec klasy Conveyor. Nie odpowiada na nasze wezwania, sygnatura reaktora wskazuje na prace na minimalnych obrotach wystarczających do podtrzymania atmosfery na jednostce. Nie mając pewności czy mamy doczynienia z klasycznym Hulkiem czy jakąś katastrofą podjęliśmy próbę abordażu. - Grham pozwolił sobie na spojrzenie w oblicze nadczłowieka - Niestety, mocno ograniczone zasoby, pozwoliły nam na wysłanie małej grupy Adeptus Arbites pod dowództwem jednego z moich poruczników. Niestety po kilku godzinach od abordażu utraciliśmy z nimi kontakt...

#######
 
- Dobra, mamy mało czasu i kupę forsy do zarobienia! Fush, roześlij ludzi w poszukiwaniu drogich fantów! - krzyczał kapitan "Posępnego Zęba", małej zmodyfikowanej jednostki zbudowanej na fundamentach portowego holownika.
- Jak to mało czasu? Mówiłeś, że "Stary" nas nie będzie widział?! - zdziwił się jeden ze wspólników przestępstwa.
- Durniu, powiedziałem, że nie będzie nas widział po tej stronie planety. W tym miejscu "Stary" jest ślepy bo stacja monitorująca jest nieczynna od dwóch miesięcy. Zadokowani do frachtowca jesteśmy bezpieczni, "Posepny Ząb" ukryje swoją sygnaturę w cieniu frachtowca. Musimy jednak się śpieszyć tak, aby przy kolejnej orbicie oddokować i wrócić na powierzchnie w tym samym martwym polu ich obserwacji! - zakończył swój wywód szmugler.
"Posępny Ząb" swoje lata świetności miał już za soba ale dzięki takiej okazji jak ta może Szmugler dorobi się nowej jednostki? Może z napędem pozwalający na podróże międzygwiezdne. Oczywiście rozdarcie Osnowy wymaga Astronawigatora ale dałby radę jakiegoś zatrudnić. Rozglądając się po ogromnej ładowni frachtowca widmo, czuł, że kariera Rogue Tradera jest na wyciągnięcie ręki.

- Gdzie podziała się załoga tego frachtowca? - zapytał głośno pękaty członek załogi szmuglerów.
- Moth a Ty znowu swoje? Niech Imperator świeci nad ich duszami, mam to gdzieś - syknął kapitan - Jeśli się nie zamkniesz i nie weźmiesz do roboty to Cię tu zostawię i ich poszukasz.

Cała ładownia była wypełniona setkami wielkich kontenerów, wszystko jednak było spowite mrokiem i tylko nieliczne czerwone światła awaryjne pozwalały sądzić że reaktor jeszcze pracuje.
Cała ekipa szmuglerów wyposażona w latarki rozbiegła się po ładowni otwierając kolejne kontenery.
Po kilkunastu minutach, których na pewno nikt nie liczył, dało się usłyszeć wrzaski.

- Bingo, mamy to!

Dobiegający do rozbawionego członka załogi kapitan rozpychał się poprzez kilku już zgromadzonych towarzyszy.

- Co jest, co macie?
- Kapitanie, podzespoły do silników wysokoprężnych, gruba kasa.
- Dobrze, pakujcie ten kontener na "Posępnego" - rozkazał od razu kapitan - coś jeszcze?
- Głównie to nieprzetworzona ruda, ciężka do transportu naszą łajbą ale mamy też kontenerów ze zbiornikami promitjum.
- Pakować je, mamy miejsce na trzy. Moth przelicz ile tego jest w środku.

Moth przeliczał zbiorniki promitjum w kontenerze, próbował również od razu w głowie wykalkulować ile mogą zarobić. Docierając do końca wnętrza kontenera, w czarnym mroku dostrzegł dwa czerwone punkty. Dwa dziwnie, ognisto czerwone punkty, od których nie mógł oderwać wzroku, chciał poświecić w ich stronę latarką ale coś powiedziało mu aby tego nie robił. Przesunął się o kolejne trzy kroki naprzód w stronę hipnotyzujących punktów, jego własny wzrok zaczął naturalnie przyzwyczajać się do ciemności co pozwoliło mu rozpoznać kształty. Czy był to człowiek, Moth na pewno nie zdążył tego zarejestrować. Atak nastąpił błyskawicznie, dwie silne ręce objęły go w pasie i coś mięsistego zaatakowało jego twarz. Nie mógł nawet krzyknąć po chwili stracił przytomność.

- Moth! Moth! - wykrzykiwali jego kompani.
- Gdzie się podział ten idiota? - zaklął kapitan - Dobra, jak nie chce wracać to niech zostanie, my musimy się zbierać, zaraz wejdziemy w zakres obserwacji kolejnej stacji. Zamknąć ten kontener z promitjum i wstawcie go na "Posępnego" wracamy na planetę.

#######

Kapitan Santiago Lukar nie był zadowolony z misji abordażowej o jaką został poproszony przez gubernatora planety. Zadziwiające było dla niego to, że system a raczej jego infrastruktura znajduje się w tak opłakanym stanie. Do tego stopnia aby nie było porządnej jednostki, którą ludzie komandora nie mogliby dokonać inspekcji jednostek docierających do orbity planety. Zdawał sobie sprawę z wysiłku wojennego jaki ponoszą poszczególne systemy czy sektory, pojawienie się Floty Lewiatan, ma swoją cenę. Jednak doprowadzenie do sytuacji, że Kosmiczni Marines muszą być wysyłani jako urzędnicy celni...
Jako Trzeci Kapitan Zakonu Deathwatch, wracał z wcześniejszej misji wraz ze swoim małym kontyngentem Marines. Zmuszony zaopatrzeniem swojej fregaty w należyte zapasy, zatrzymał się w systemie Genuat.
Prośba gubernatora, przeszła przez oficjalne kanały dyplomatyczne i zostały odnotowane w dziennikach pokładowych. Santiago chciał wracać na Varies ale przedstawiciele Inkwizycji na pokładzie jego okrętu nie przepuścili okazji dodatkowej misji. Przecież każda misja jest okazją do zdobycia nowej wiedzy lub kolejnych podejrzanych wartych przesłuchania.
Lukar, przyszykował ludzi, sam przywdział pancerz wspomagany, jego prawy naramiennik zdobiła heraldyka Karmazynowych Pieści. Dumnego zakonu, spadkobierców Dorna. Za każdym razem gdy go zakładał  sięgał do naramiennika lewą ręką i odmawiał cicho krótką modlitwę w intencji ich zaginionego Ojca.
Thunderhawk zaparkował zaraz obok wielkiej rampy frachtowca, specjalny serwitor został wysłany do burty statku, tak aby otworzyć rampę z panelu znajdującego się na zewnątrz frachtowca.
Po kilku minutach rampa zaczęła się powoli uchlać aby w końcu pozwolić na lądowanie wewnątrz swojej przepastnej ładowni.

- Kapitanie Santiago, jakie są Twoje rozkazy? - zapytał Pierwszy Sierżant.
    


































wtorek, 12 grudnia 2023

Marneus End?


Vadruga V, jeden z Pięciuset Światów, zamieszkałych planet, chronionych i administrowanych przez zakon Ultramarines. Jedna z wielu planet, które na tle pozostałych w galaktyce, uznana zostałaby za wspaniały kwiat wydajności, produktywności i przejrzystej administracji. Na tle pozostałych Pięciuset Światów, pomimo całej sile administracji wymyślonej i wykutej przez samego Guillimana plasowała się zawsze poniżej średniej.
Vadruga V, kiedyś piękna i zalesiona, dziś nie przypominała już wyglądem dziewiczej planety. Po odnalezieniu pod jej powierzchnią złóż minerałów natychmiast została rozkopana i pokryta wszystkimi możliwymi kopalniami, rafineriami i fabrykami. Świat uprzemysłowił się do tego stopnia, że na powierzchni planety nie pozostało ani jedno naturalne drzewo a atmosfera nabrała brunatno brązowego odcieniu. Wszystkie lokacje, na których nie można było postawić jakichś obiektów przemysłowych, zostały zamienione w ogromne huby mieszkalne lub miasta iglice.
Życie na planecie nie należało do najlżejszych ale pomimo to nigdy nie dochodziły z administracji świata sygnały o niezadowoleniu lub buntowniczych nastrojach.

Do teraz.

Dadarius był członkiem Honorowej Gwardii Victrix, wybrany do tej służby przez samego prymarchę Ultramarines. Setki lat wojennego doświadczenia i liczne heroiczne czyny pozwliły mu zasiąść w gronie najlepszych z najlepszych wojowników. Żołnierzy Ultramaru, którym powierzono ochronę samego prymarchy jaki i Mistrza Zakonu, Marneusa Clagara.
Mistrz Zakonu nie jest znany z tego, że prowadzi do boju swoich podwładnych na marginalnym świecie, gdzie akurat doszło do buntu ale ostatnie wieści o powrocie Floty Leviatan spowodowało ogromne zamieszanie w galatkyce jak również pośród Pięciuset Światów.
Siły Ultramarines będąc już rozciągnięte na wiele sektorów i systemów, muszą utrzymywać pokój i wsparcie swoim własnym światom. Dlatego też sam Calgar uznał, że również On sam musi wziąć udział w walce.
Dadarius wraz ze swoim przyjacielem i bratem Tromusem, zostali wezwani do służby jako osobista gwardia Mistrza Zakonu w tej kampanii. Kampanii, która miała być szybką interwencją na zbuntowanej planecie. Zgodnie z danymi przekazanymi przez resztki lojalnych sił na powierzchni, uzyskano informację lokalizacji głównego centrum dowodzenia insurekcji. Calgar zdecydował aby zakończyć to szaleństwo jednym uderzeniem, właśnie w centrum dowodzenia. Jego osobisty udział w ataku miał pokazać, że każdy świat, nawet Vadruga V, jest dla niego ważna i jest gotowy jej bronić... lub podbić na nowo.

Do misji wyznaczone zostały trzy oddziały Infitratorów, które miały osłaniać atak, jak również oddział Agresorów, Balistus Dreadnought i Impulsor. Dodatkowe wsparcie zapewniał skład Intercesorów, wraz z młodym, jak na standardy Astartes, porucznikiem. Calgar również wybrał jeden z oddziałów Skautów, dla których, jak uważał, doświadczenie jest ważniejsze od uzbrojenia.
Lądowanie w sektorze miasta, wskazanym przez informatorów, odbyło się bardzo płynnie. Trzy wielkie Thunderhawki przyziemiły jeden kilometr od budynku buntowników by po wysadzeniu synów Guilliman'a wzbić się wysoko ponad zasięg ewentualnej broni przeciwlotniczej rebeliantów.
Calgar zdecydował poprowadzić główny szturm, w tym celu nakazał przyłączenie do siebie oddziału Agresorów. Sześć wielkich postaci, bez większych trudów, pokonywało kolejne ulice w kierunku celu.

- Oddział Bracus, melduj! - wybrzmiało w hełmie Dadariusa. Był to szorstki głos samego Calgar'a.
Jego głos zmienił się po powrocie Guillimana a dokładniej po transformacji jakiej poddał się Mistrz aby przyjąć status Primaris. Nie chodziło tu o barwę głosu, tylko o nutę "pustki", którą w sobie zawierał. Dadarius nie wiedział czy to tylko jego interpretacja ale zauważył to właśnie podczas lądowania. Gdy Calgar wydawał ostatnie polecenia na chwilę przed otwarciem rampy Thunderhawka.

- Tu oddział Bracus, Mistrzu. Skan Auspex wskazuje na obecność wroga w budynku, choć odczyty są dość dziwne. W jego okolicach znajdują się również jakieś pojazdy ale wyglądają raczej na cywilne. Pozostajemy na pozycji jako osłona, możecie zaczynać atak - odpowiedział w interkomie głos sierżanta oddziału Infiltratorów.

- Zrozumiałem, zaczynamy. - odpowiedział Mistrz.

Marneus Calgar, ukryty pod hełmem, spojrzał na swoich braci. Kiwnął im głową i wydał rozkaz do ataku poprzez wewnętrzny interkom. Rozkaz, którego osoby stojące obok nie mogłyby słyszeć, za to mogłyby zobaczyć sześć wielkich postaci w niebieskich pancerzach przemierzających szare ulice miasta.
Ulice, chodniki i budynki pokryte były szarym pyłem, typowym dla długotrwałego konfliktu, który przetoczył się przez to miasto podczas buntu przeciwko Siłom Obrony Planetarnej. Gruba warstwa kurzu i pyłu pokryła praktycznie wszystko i tylko tam gdzie ktoś postawił stopę czy oparł rękę można było dostrzec jakieś inne barwy niż monotonny krajobraz przypominający surowy księżyc.
Szóstka postaci, noszących wspomagane pancerze, w tym Agresorzy noszący zbroje wzoru Gravis, nawet nie próbowała się skradać czy uskakiwać z osłony do osłony. Kosmiczni Mrines, synowie Ultramaru, nie obawiali się niczego i byli gotowi zmierzyć się z każdym przeciwnikiem jaki mógłby na nich czekać.

Dadarius skanował wzrokiem swój sektor marszruty, zastanawiał się gdzie są rebelianci. Stan miasta wskazywał na ciężkie walki prowadzone z silami Obrony Planetarnej to samo zaświadczały nieliczne wojskowe raporty z powierzchni planety, które czytali po wyjściu floty z Osnowy. Na chwilę uciekł myślami od misji i spojrzał na swojego Mistrza Zakonu. Ten, równym krokiem prowadził całą grupę do wyczekiwanej szarży na siedzibę główną przeciwnika. Kolejny raz zaczął zastanawiać się nad tym jak Calgar zmienił się po zabiegu przemiany w Primaris. A może to nie sam zabiegł dokonał tej zmiany, może to powrót Prymarchy? Może to świadomość realnego i fizycznego zwierzchnictwa prawdziwego ojca zaczął zmieniać Calgara?
Przed wybudzeniem Guillimana, to Marneus Calgar był władcą Ultramaru, to On trzymał w ręku Pięćset Światów, to On dowodził najznakomitszym zakonem w historii ludzkości. Oczywiście Roboute  po swojej audiencji w komnacie Imperatora przyjął na siebie ciężar "zwierzchnika" ludzkości i przy ogromie spraw z tym związanych, zarządzaniem Ultramarem nadal pozostaje w rękach Calgara. Nikt tego nie kwestionuje ale na końcu każdej decyzji, każdego rozkazu, każdej wizji kreślonej przez Mistrza Zakonu może pozostać wątpliwość i pytanie. 

Co zrobił by Guilliman?

- Przygotujcie się Bracia!

Ten krótki komunikat Calgara, wyrwał go z tych dziwnych rozmyślań. Dadarius skarcił się w myślach za to, że zaczął, w jakiś pokrętny sposób, powątpiewać w swojego Mistrza. Czy to w ogóle możliwe?

- Ruszamy! - padł rozkaz.

Cały oddział przyspieszył, nie był to pełny bieg, z powodu rozmiarów i ograniczeń zbroii typu Gravis ale tempo ataku na placówkę rebeliantów było odpowiednio duże. Sześciu potężnych wojowników wtargnęło do dwupiętrowego budynku. Na parterze znajdował się rozległe pomieszczenie. Jedna ściana, przeciwległa z której dotarli Marines, była kompletnie zniszczona i odsłaniała widok na ulicę za budynkiem. W samym pomieszczeniu nie było nikogo. Brak było również widocznej aktywności kogokolwiek. Szary pył zalegał na posadzce, licznych stołach i krzesłach. Gdzieniegdzie leżały uszkodzone Lasgun'y Obrony Planetarnej i trochę innego sprzętu ale nic nie wskazywało na to, że budynek ma lub miał funkcję kwatery głównej kogokolwiek. Każdy z wojowników, wyuczony Kodeksem Astartes wiedział co ma robić. Zgrupowali się w obrysie okręgu, każdy skanując swój sektor.

Dadarius pochylił się i spod jednego ze stołów podniósł zakurzony przedmiot. Trzymając go w jednej rękawicy, uderzył nim o drugą aby strącić nadmiar pyłu zalegającego na przedmiocie. Już po pierwszym uderzeniu poczuł że na rękawicy zrobiła się zadra. Jakim cudem, tak lekkie uderzenie mogło zostawić ślad na zboii Kosmicznego Marine? Opadający z przedmiotu kurz i pył odsłoniły ostre krawędzie przedmiotu, którego faktura mogła wskazywać na organiczne pochodzenie.

- To nie jest centrum dowodzenia. - powiedział przez interkom jeden z Braci zakuty w zbroję Agresora.

- To nie są zwykli rebelianci. - dodał Dadarius, wciąż spoglądając na trzymany w ręku przedmiot, który przypominał mu coś co widział dawno temu.

- To płapka! - wykrzyknął Calgar, spoglądając w dłoń Dadariusa.

W tej samej chwili z pięciu kierunków na raz rozległ się hałas rozrzucanych mebli i innych przedmiotów, hałas podszyty był również przenikającym duszę sykiem.

- Kontakt Genestel... - urwana komenda jednego z Agresorów nie doczekała się zakończenia.

Jeden z napastników, czteroręki Genestealer, wskoczył za grzbiet walecznego wojownika i wbił mu szpony swoich dwóch dodatkowych dłoni pomiędzy płyty jego ciężkiego pancerza. Na wewnętrznym wyświetlaczu Dadariusa runa oznaczająca status członka oddziału zmieniła kolor na czarny. Pozostała piątka wojowników od razu przyjęła postawę obronną, tak aby odeprzeć atak wroga, aby następnie przejść do kontrataku.
Mistrz Zakonu, odparł atak swojego przeciwnika aby zaraz po tym wymierzyć mu dwa potężne ciosy swoimi słynnymi rękawicami. Martwe truchło osunęło się na ziemię kilka metrów dalej. Tromus, drugi z gwardzistów Victrix, będąc jednym z najlepszych szermierzy jakich znał Dadarius, szybkimi ciosami obezwładnił dwóch kolejnych Genokradów. W trakcie tego starcia, pazury jednego z nich pozostawiły głębokie szramy na tarczy Tromusa.
Ostatni z przeciwników zwarł się z jednym z Agresorów. Szybki jak błyskawica atak zranił wojownika Ultramaru w okolicach kolana, również pomiędzy płytami pancerza. Wojownik jęknął z bólu, który dało się słyszeć poprzez otwarty kanał interkomu. Z pomocą przyszedł mu sam Mistrz dopadając Xenos parą swoich rękawic. Organiczne ciało i wzmocniony chitynowy pancerz nie miały szans.

- Genestealer! - zakomunikował Calgar na otwartym kanale - Do wszystkich oddziałów nie stajem naprzeciw zwykłej rebelii. To co tu się dzieje to powstanie Kultu Genestealerów!   

W odpowiedzi, w okolicach budynku w którym się znajdowali, dało się słyszeć rozpoczynające się piekło. Kolejne eksplozje i wystrzały z broni małokalibrowej jak również z bolterów dawały do zrozumienia, że bitwa rozpoczęła się na dobre.
Jako potwierdzenie, do oddziału Calgara zaczęły spływać kolejne meldunki o walkach i jak na razie nieliczny stratach własnych.

- Kontakt 260! - wykrzyknął Tromus. - Kolejny atak!

Tym razem przeciwników było znacznie więcej. Dwie grupy rozpoczęły atak na błękitnych wojowników ale zanim dotarli do zwarcia, na Kosmicznych Marines spadł huraganowy ogień z dwóch improwizowanych pojazdów bojowych. Na obu zamontowane były lasery górnicze, które normalnie służą do rozbijania twardych skał, tym razem jednak zamiast skał trafiły jednego z Agresorów. Skumulowany promień lasera nie dał szans płytom pancerza, nawet zbroja typ Gravis ma swoje ograniczenia. Marine padł na ziemię z wielką wypaloną dziurą w piersi. Wokół pozostałych wojowników zaczęły wybuchać granaty wsparte morzem Promitium wylewającym się z ręcznych miotaczy nacierających Xenos.
Kiedy już wyglądało na to, że dojdzie w końcu do zwarcia, pod kolejnym z Agresorów wylądował ogromny zwój jakichś cylindrycznych przedmiotów. Marine przezornie chciał odkopnąć ów przedmiot ale zanim to zrobił doszło do potężnej eksplozji, która poraziła wojownika.
Dadarius z narastającym gniewem odnotował kolejną czarną runę na wewnętrznym wyświetlaczu. Jak to się stało, że weszli tak łatwo w zasadzkę? Przemknęło mu przez głowę gdy przyjmował postawę zapierając się i unosząc wyżej tarcze. Dlaczego nie zostało to przewidziane? Zadał sobie kolejne pytanie spoglądając szybko w stronę Mistrza Zakonu.
Co zrobiłby Guilliman?

Atak pomimo braku zaskoczenia, jak to było przy pierwszym spotkaniu, wydał się znacznie groźniejszy. Xenos, mieli po trzy ręce, w których to pobłyskiwały czarne ostrza i czasami miecze zrobione jakby z kości. Część atakujących nosiła znamiona większych mutacji, które "normalne" kończyny zastępowały ogromnymi szczypcami lub szponami.
Starcie było brutalne. Rękawice Calgara momentalnie zmieniły kolor z jasnego błękitu na ciemną czerwień. Podobnie wyglądał miecz Tromusa. Dadarius równie łatwo jak jego dwaj bracia pozbywał się kolejnych przeciwników, w oczach których widział czyste zło i szał. Mutanci wręcz rzucali się na jego mieczy tylko po to aby móc w ten sposób dosięgnąć swoimi szponami jego zbroi.
Pojazdy na zewnątrz budynku zostały zaangażowane przez Brata Podrexa, starego weterana zakutego w pancerz Dreadnoughta. Kolejne promienia dział laserowych i salwa rakiet ppanc zniszczyły pojazd wyglądający jak ciężarówka z pługiem. Drugi z pojazdów uniknął strzałów skrywając się za budynkiem.

Dadarius, wyciągając swój miecz z ciała kolejnego przeciwnika, zorientował się że odparli kolejny atak a pomieszczenie w którym się znajdowali wypełniło się ciałami poległych mutantów.

- Za mną bracia, musimy zniszczyć ten pojazd! - rozkazał Calgar.

- Mistrzu, pozostajemy w osłonie budynku. Zabezpieczmy ciała poległych braci. - zaproponował Tromus.

- Nie jesteś synem Dorna, aby barykadować się za murami! - wykrzyknął w widocznym gniewie Calgar. - Za mną, rozbroiliśmy już tą pułapkę teraz zdobędziemy inicjatywę!

Dadarius rozważał słowa Mistrza i Tromusa, ku swojemu zdziwieniu nie był pewny co faktycznie należałoby zrobić. W interkomie dochodziły do nich kolejne raporty o narastających stratach i kontaktach z wrogiem, który według raportów wyłaził dosłownie z każdej dziury w ziemi.
Może taktyka Imperialnych Pięści mogłaby być teraz przydatna?
Co zrobiłby Guilliman?
Zanim zdążył znaleźć odpowiedź na to pytanie, jego trening i posłuszeństwo ruszyło jego ciałem w wypadzie na cel wskazany przez Mistrza Zakonu.
Pojazd wyglądał na mocno wyeksploatowany, zamontowany na nim laser górniczy, angażował właśnie Brata Podrexa gdy doskoczył do niego Calgar. Obie rękawice z całym impetem szarży wbiły się w bok pojazdu. Brak pancerza dał się we znaki załodze, jedna z rękawic przebiła burtę i zanurzała się wewnątrz pojazdu, po wyciągnięciu jej na zewnątrz Marneus strząsnął z niej resztki kierowcy. Operator lasera został zabity przez Dadariusa.

- Nie powątpiewaj w swojego Mistrza bracie - zwrócił się do Tromusa Calgar.

- Nigdy mój Panie. - odpowiedział z szacunkiem gwardzista.

Ułamek sekundy potem, wokół nich, rozpętał się huragan ognia. Płonące promitium, pociski małokalibrowe, granaty kumulacyjne i promienie kolejnych laserów górniczych. To wszystko spadło na nich, gdy nadal znajdowali się na środku ulicy, praktycznie na otwartej przestrzeni. Jeden z granatów kumulacyjnych trafił Tromusa w plecy pomiędzy Power Packiem a naramiennikiem. Stożek rozgrzanego metalu przebił korpus pancerza na wylot.
Kolejna czarna ikona.
Pozostała cześć huraganowego ognia skierowana była głównie w Calgara, którego wspomagany pancerz trzymał się dobrze ale Dadarius dostrzegł kila trafień przebijających się przez płyty. Jego instynktowną reakcją było osłonięcie Mistrza swoją tarczą. Mistrz Zakonu z wyraźnym oburzeniem odepchnął Dadariusa od siebie, uniósł obie zaciśnięte rękawice i otworzył ogień do grupy kultystów.

Przeciwnik wyglądał zupełnie inaczej niż mutanci, którzy zaatakowali ich wcześniej, przypominali bardziej ludzi choć nawet z tej odległości Dadarius dostrzegał szczegóły wskazujące na znamiona mutacji. W dużej, dwudziestoosobowej grupie, widocznych była kilka postaci o trzech ramionach, postacie te operowały laserami górniczymi - bronią której zwykły śmiertelnik nie mógłby unieść a co dopiero strzelać. Całą tą bandą ewidentnie dowodził osobnik w długim płaszczu, spod którego wyłaniały się również trzy ręce, ewidentnie wykrzykiwał rozkazy i biło od niego jakieś szaleńcze zło.
Grupa kultystów pojawiła się obok nich praktycznie znikąd, tak jakby wyrośli spod ziemi, wymiana ognia nie trwała długo bo Storm Blotery Calgara, zostały wsparte ogniem starego Brata Podrexa. Czterdziesto milimetrowe pociski z Bolterów i rakiety z Dreadnoughta szybko zdziesiątkowały przeciwników, którzy nie wyglądali na kogoś kto przejmuje się swoim własnym życiem.
Gdy cała grupa została rozstrzelana, rękawice Mistrza dymiły się od temperatury jaką osiągnęły lufy jego broni, na to wszystko nałożyły się przypalone resztki tkanek mutantów, które zalegały w zakamarkach rękawic a teraz zaczęły powoli proces zwęglania.

- Mistrzu, jesteś ranny, musimy Cię ewakuować! - Dadarius miał nadzieję że postarał się o odpowiedni ton mający oddać bardziej żądanie niż prośbę.

- Jako Twój gwardzista muszę Cię chronić a jak na razie ponosimy dotkliwe straty. Tromus, był najlepszym szermierzem jakiego znam... - mówiąc to spojrzał na ciało przyjaciela i przypomniał sobie liczne sparingi w klatkach treningowych - ... znałem - dokończył - a i tak nie uchroniło go to od śmierci. Jesteśmy synami Ultramaru ale nie jesteśmy nieśmiertelni.

Marneus Calgar pochylił się delikatnie do przodu, w oczach Dadariusa wyglądało to jakby jego zbroja się po prostu skurczyła, ale to było tylko złudzenie. Mistrz ewidentnie odczuł wcześniej zadane mu rany.
 
- Musimy walczyć dalej, to co dzieje się na tej planecie to o wiele większe zło niż przypuszczaliśmy. To Kult Genokradów. Ohydne preludium do czegoś bardziej złowrogiego. Musimy znaleźć ich lidera, potwora, który jest kluczem dla bezpieczeństwa Vadrugi i pozostałych planet w sektorze! - tłumaczył Calgar.
 
W jego głosie Dadarius nie słyszał już "pustki" jak wcześniej, słyszał walkę o życie. Rany Mistrza były poważniejsze niż mogło się to wydawać i nawet tak znakomity wojownik był nadal śmiertelnikiem.
Dadarius wykorzystał chwilę aby rozejrzeć się po okolicy. Ulica na której stali była zasłana trupami "ludzkich" mutantów, Oni sami stali pomiędzy wrakami pojazdów buntowników. Komunikaty z pozostałych obszarów, wskazywały na zażarty opór wroga. Wyznaczone wcześniej cele przechodziły z rąk do rąk. Wróg wspierał się zaskoczeniem i ukrytymi co krok improwizowanymi ładunkami wybuchowymi. Astartes meldowali o tym, jak jedna pokonana grupa jest wręcz natychmiast zastępowana kolejną.
Wróg ewidentnie zaplanował tą zasadzkę praktycznie w najdrobniejszym szczególe a Ultramarines weszli w nią niczym konskrypci Gwardii Imperialnej.
Co zrobiłby Guilliman?

Dadariusa znowu zaczęły nachodzić myśli o Calgarze, czy ta kampania miała ukazać Mistrza jako niezdolnego do planowania i walki lidera najznakomitszego zakonu Astartes? Dlaczego On jako wybraniec Guillimana, obdarzony największym zaufaniem zaczyna powątpiewać? Czy tak wyglądał początek drogi do zdrady, takiej jaką znał z historii Herezji?
Z odrętwienia wyrwał go ból a raczej informacja na wewnętrznym wyświetlaczu, wskazująca rozszczelnienie pancerza pod lewym ramieniem. Wojownik oparł swoją wielką tarczę o wrak pojazdu i sprawdził stan pancerza. Rozszczelnienie okazało się dużą dziurą, z której wydostawała się żwawa stróżka krwi, oczywiście nie była to rana śmiertelna ale była tylko kolejnym argumentem za tym by wycofać się do swoich linii. Dadarius, badawczo, uniósł rękę do góry, sprawdzając czy rana wpływa w znacznym stopniu na zakres ruchów wojownika. Po uniesieniu jej na wysokość barku, przeszył go ból który zdławił technikami wyuczonymi w trakcie treningu. Ów ból, pomimo dokuczliwości, w jakiś dziwny sposób oczyścił mu umysł. Wojownik poczuł ulgę, tak jakby z jego myśli zdjęty został jakiś dziwny cień lub ciemna kurtyna.
Gwardzista wziął głęboki oddech, ponownie się rozejrzał, dostrzegł oczywiście ten sam obraz co przed chwilą ale nie napełnił go on już tą samą trwoga i zwątpieniem. Ciało Tromusa leżało tak jak wcześniej, Dadarius żałował tej straty, ale również zapałał zemstą i wiarą w to że zwycięstwo jest na wyciągnięcie ręki.
Przerzucił swój wzrok na Mistrza, ten nadal pochylony analizował kolejne meldunki tylko tym razem biła od niego siła, która potrafiła natchnąć każdego do heroicznych czynów. Dadarius nie wiedział skąd ta zmiana, skąd w nim wzięły się wcześniej takie myśli zwątpienia. Zaczął analizować w głowie, jak to możliwe. Wszystko zaczęło się od lądowania na planecie... czy to możliwe że to jakieś przeklęte miejsce? Zrobił kilka kroków w stronę swojego dowódcy.

- Mistrzu, wezwijmy posiłki i atakujmy dalej, pomścijmy naszych poległych braci! - zaczął wykrzykiwać Dadarius tak jakby był pijany entuzjazmem, chęcią walki i zemsty.

W tej chwili Marneus Calgar spojrzał w stronę swojego ochroniarza, jednym skokiem dosięgnął go i odepchnął na bok. Dadarius został zaskoczony tym szybkim atakiem bo po wyrwaniu się z otępienia nawet nie zarejestrował ruchu Calgara. Upadając na lewe ramię musiał zwalczyć kolejną falę bólu z rany zadanej, najpewniej podczas walki w budynku. Nie znając powodów ataku, przemknęło mu przez głowę, czy poprzednie powątpiewanie w dowódcę było tak widoczne, że zostanie teraz za to ukarany?
Spojrzał w kierunku Calgara, ten stał w miejscu, w którym stał On sam przed chwilą.
Mistrz Zakonu nie stał tam jednak sam. Jego dwie, potężne rękawice, zacisnęły się na dwóch szponiastych dłoniach kolejnego Genestealera. Calgar uratował Dadariusa, który najpewniej był celem ataku. Niestety dwie pozostałe szponiaste łapy utkwiły w brzuchu Calgara. Ostre, do mikroskopijnego poziomu szpony, znalazły szczeliny pomiędzy płytami.
Obie postacie zamarły w śmiertelnej pozie jak gdyby zostały odlane z brązu.

Genestealer wychylił, na tyle ile mógł, swoją szyję w kierunku hełmu Mistrza i wydał z siebie gardłowe warknięcie, które zapowiedziało dopchnięcie głębiej szponiastych dłoni w ciało ofiary. Błękitny wojownik ewidentnie odczuł atak przykurczając się w pół, za to, ukryte w rękawicach Marneusa ręce Genokrady eksplodowały czerwoną posoką.
Dadarius nie wiedział czy był to zamierzony atak Calgara czy może instynktowny skurcz mięśni całego ciała jako reakcja obronna na ból.
Gwardzista, opierając się na swoim mieczu, zerwał się na równe nogi i jednym skokiem doskoczył pary. Dokładnie wymierzony zamach Gladiusa odciął wszystkie cztery ramiona Xenos, który osunął się w spazmach na ziemię.
Sam Mistrz Zakonu opadł na kolana aby po krótkiej chwili osunąć się na ziemię. Z dolnej części jego tłowia wystawały, głęboko zanurzone resztki obu dłoni przeciwnika.
Dadarius ruszył w stronę swojego lidera ale wiedziony doświadczeniem obrócił się aby zeskanować okolice. Genokrady rzadko operowały samotnie. Tym razem nie było wyjątków. Kolejna para obcych zaczęła otaczać go z dwóch stron, bez pośpiechu, spokojnie przestępując z nogi na nogę. Tak jakby wiedziały, że to gwardziście zależy na czasie, że to On musi udzielić pomocy swojemu Mistrzowi.
Obrońca Calgara, skupił całą swoją siłę na swoim ataku, wiedział, że ryzykuje ale życie dowódcy Ultramarines leży w jego rękach. Nagły wyskok do przodu, połączony z mocnym pchnięciem trafił w pierś Xenos a aktywowana runa miecza energetycznego dopełniła dzieła. Wbity głęboko miecz uśmiercił przeciwnika w jednej chwili ale tyle również potrzebował drugi przeciwnik aby rozpocząć swój atak. Dadarius wiedział że nie zdoła się odwrócić na czas, dlatego kontynuował swój wypad, upadając na ofiarę swojego ataku. Żyjący Genokrad, zaskoczony przez ten przebieg wydarzeń przeskoczył nad Ultramarines. To wystarczyło aby Dadarius wyciągnął swój miecz z truchła i po ułamku sekundy rzucić go w kierunku mutanta. Genokrad padł na ziemie, przebity mieczem.

Dadarius kolejny raz, szybko, rozejrzał się poszukiwaniu kolejnych przeciwników. Poza ogromem martwych ciał kultystów i mutantów nie było nikogo, cała ulica z wcześniej szarego koloru przybrała brunatną barwę wymieszanego koloru krwi i wojennego kurzu. Fałszywy spokój, oparty o brutalną kanonadę dochodzącą z okolicy, miał zaraz zamienić się w piekło.
Gwardzista dopadł ciała Marneusa Calgara. Ikona, wewnątrz jego hełmu, odpowiedzialna za podsumowanie stanu dowódcy, migała krwistą czerwienią.
Dadarius, znając cały Codex Astartes na pamięć jak również wszystkie procedury zakonu Ultramarines, nigdy nie myślał, że będzie zmuszony użyć tego obszaru wiedzy.
Zmieniając kanał łączności na otwarty kanał do wszystkich jednostek nadał komunikat.

- Tu gwardzista Victrix, Dadarius. Tower, Tower, Tower. Powtarzam. Tower, Tower, Tower. Wymagana ewakuacja, najwyższy priorytet, na moją lokalizacje!

"Tower" to pseudonim Marneusa Calgara w tej kampanii, powtórzenie go trzykrotnie oznaczało że życie dowódcy jest w śmiertelnym zagorzeniu. Dadarius pochylił się nad zakutą w zbroję ciałem Mistrza. Wystające resztki dłoni Genestaelera nadal pozostawały w jego ciele ale gwardzista wiedział aby nie usuwać ich na siłę bo może to tylko pogorszyć sytuacje. W myślach kołowało mu ogromne poczucie winy, że od samego lądowania wątpił w swojego lidera i dodatkowo karcił się za to że pod jego bokiem doszło do takiej tragedii. Obwiniając się powoli staczał się w otchłań rozpaczy wymieszanej ze wstydem i złością na siebie samego.






Około kilometra od ulicy, na której leżało ciało wodza najeźdźców, pięły się w górę "szkielety" wysokich budynków. Ich struktura została już dawno zniszczona, jeszcze w pierwszych dniach powstania, ale sam rdzeń pozostał niezachwiany. Pomimo to stan budynku pozwalał jednak na idealną obserwację całego obszaru, dawno zaplanowanej pułapki.
Wysoka postać w długim skórzanym płaszczu, skanowała okolicę, przyglądając się z ogromną uwagą na dokonujący się akt śmierci "diabła". Powstanie było przygotowane na próbę zduszenia go przez najeźdźcę, ale kult Czteroramiennego Imperatora miał całe pokolenia na przygotowanie się do tego aby raz wyzwolony świat Vadrugi już nigdy nie musiał znajdować się pod naciskiem demonów imperatora uzurpatora. Plan zasadzki był dość prosty. Budynek miał imitować ważny obiekt wojskowy, który miał być przynętą dla jakiejś jednostki przeciwnika. Rzeczywistość przerosła najśmielsze oczekiwania.
Z głębi pomieszczenia, z okien którego wysoka postać obserwowała okolicę, dało się słyszeć miarowy spokojny krok przerywany równie miarowym stukaniem czegoś o posadzkę.
Do obserwatora podszedł mężczyzna, choć po bliższej obserwacji można było dopatrzeć się w rysach jego twarzy delikatnych mutacji. Wsparta o długą laskę postać, była również wysoka i przywdziana w równie długą czerwoną szatę.

- Świetna robota "Wujku" - rzekł mężczyzna poprawiając uścisk na lasce.

Pierwszy obserwator przekręcił głowę o tyle aby jego zielone, nieludzkie oczy, mogły zerknąć na swojego towarzysza. "Wujek", tak nazywali go jego żołnierze i członkowie kultu, "Wujek Istvan". Tak naprawdę nazywał się Istvan Zakss i wywodził się z trzeciego pokolenia dzieci samego Imperatora. Za młodu dostrzeżono w nim wysoki poziom inteligencji i za to od razu został skierowany do szkolenia jako przyszły dowódca. Tylko poprzez swoje wielkie oddanie i determinację w byciu najlepszym dotarł na sam szczyt. Powierzono mu zaszczytną rolę planowania Powstania, ruchu który ma wyzwolić planetę spod buta opresorów.

- Wiesz, że nie lubię tego określenia.

- Wiem, dlatego go używam. Musisz pamiętać, że Twój pseudonim urodził się z miłości do Ciebie. Zabranianie używania go naszym siostrom i braciom byłoby błędem. - tłumaczyła odziana w szaty postać.

- Jako Najwyższy Magos powinieneś być ponad takie prostackie zwroty. Wiesz jak Ciebie nazywają? - zapytał przewrotnie "Wujek".

- Nie! - szybko odpowiedział Magos - Jak na mnie mówią? - dopytał z zaciekawieniem w głosie.
 
- Nie wiem, najwidoczniej nie masz przezwiska. Idąc za Twoimi słowami, najwidoczniej Cię nie kochają... - ripostował, z nie ukrywaną satysfakcją.

Magos, zmieszany ze wstydu, że dał się tak łatwo podejść w gierce słownej, w których zawsze uważał się za mistrza. Pokiwał głową z dezaprobatą. Wiedział, że "Wujek" jest wybitnym strategiem ale jego ekspertyzę ograniczał zawsze do pola walki a nie potyczek słownych.

- Tak... zabawne. Nasi szpiedzy donoszą, że "diabeł" żyje choć rany jakie odniósł wyłączą go z walk na długie tygodnie. - zameldował Magos, próbując zmienić temat.

- Nawet bez "diabła" wróg jest silny. Ich mutanci noszą potężne pancerze, byliśmy na to gotowi i obronimy nasz świat ale nie będzie łatwo.

- Może i są silni ale są wśród nich również słabe umysły, gdyby dać mi czas może udałoby się złowić jakąś duszę w celu przekonania jej do jedynej słusznej sprawy...- powiedział z lekkim rozmarzeniem Magos, przypominając sobie próby ingerencji w myśli jednego z żołnierzy wroga.
Po jego słowach, obaj, w jednej chwili poczuli znane im "mrowienie" w skroniach.

- Wycofaj moje dzieci z pola walki Primusie Zakss. Osiągnęliśmy cel który założyłeś, spisałeś się wyśmienicie. Wycofaj nasze wojsko, już wystarczająco dużo utraciliśmy na dziś biomasy.

Telepatyczna wiadomość zawsze pozostawiała delikatny ból w głowie odbiorcy. Zakss wypracował sobie sposób jak się pozbyć tego dyskomfortu, nacieranie skroni zawsze pomagało.

- Czy Patriarcha powinien komunikować się z nami gdy znajdujemy się tak blisko wroga? - zadał pytanie Zakss - Mieliśmy informacje o psioniku przeciwnika.

- Nasz Ojciec, Imperator, znajduje się w ukrytej świątyni, z której to rozpocznie na dniach ceremonię Wezwania Gwiezdnych Dzieci. Poza tym potrafi izolować swój przekaz, ludzcy psionicy nie są nawet w połowie tak silni jako On. Powinieneś to wiedzieć "Wujku" Istvanie. - zachichotał Magos.