poniedziałek, 28 września 2026

55th - Descot - Serce Fraktalu

 

 




Mostek kapitański jednostki transportowej różnił się wyposażeniem od jednostek liniowych. Był bardziej surowy i kanciasty lecz nadal zachowywał gotyckie wykończenie kojarzone z flotą imperium.
Wysoki sufit krył się w półmroku a na ścianach, co kilka metrów, umiejscowione były stylizowane witraże przedstawiające świętych i patronów żeglarzy Osnowy.

Kasztelan Elizabeth Bazzard, jako dowódca 55 z Descot, znajdowała się na mostku kapitańskim tylko dzięki uprzejmości i kurtuazji samego kapitana jednostki. Nie miała wielkiego pojęcia o żegludze międzygwiezdnej, poza standardowa wiedzą przekazywana na szkoleniu oficerskim. Ogólnie rzecz ujmując, złożony proces podróży międzygwiezdnej sprowadzał się do kilku stwierdzeń. Niebezpieczna, przerażająca i ekstremalnie ryzykowna.
Pomimo to Regiment z Descot wraz z kilkoma kompaniami z innych regimentów, zostały zamusztrowane i przygotowane do relokacji do sektora Baumont. Tam pięćdziesiąty piąty miał oczekiwać na kolejne rozkazy, które mogły nadejść następnego dnia ale również mogły nadejść miesiąc później a taki czas to świetna okazja aby przegrupować całą jednostkę.
Za każdym razem gdy Bazzard była na pokładzie jednostki dokonującej tranzytu do Osnowy, nerwowo przeczesywała dłonią swój kosmyk białych włosów na czole. Kosmyk bieli był pamiątka po kampanii w sektorze Nachmund, gdzie jako sierżant piechoty dokonała czegoś niebywałego a zarazem głupiego. Akt heroizmu z jej strony doprowadził ją, do awansu oficerskiego a potem do dowództwa regimentu. Okupione było to jednak tym, że za każdym razem kiedy przejmował ją stres lub strach, musiała za każdym razem odruchowo przeczesać ów kosmyk. Był to dziwny odruch, przypominający jej, że cokolwiek ją przeraża w danej chwili jest niczym wobec tego czemu stawiła czoła na Nachmund. 

- Kapitanie, Komodor Mathaias prosi o potwierdzenie pozycji w szyku i gotowości do rozpoczęcia procedury transferu. - odezwał się jeden z młodych oficerów łączności.
- Dziękuję poruczniku, proszę przesłać pozdrowienia dla Komodora wraz z potwierdzeniem pozycji i naszej gotowości. - nadmiernie wysoki głos młodego kapitana przekuwał uszy w specyficzny sposób.

Kapitan był bardzo młody jak na dowództwo, nawet takiej jednostki jak zwykły transportowiec. Głos wysokiego i chudego mężczyzny mógłby wręcz świadczyć o nieprzebytej mutacji głosu ale Bazzard po chwili odrzuciła ta niedorzeczna myśl i skupiła się na obserwowaniu gwaru który zaraz po słowach kapitana przetoczył się po mostku.
Każdy z obecnych oficerów i podoficerów rozpoczął złożoną procedurę transferu do Osnowy.

- Wiadomość wysłana, otrzymaliśmy potwierdzenie odbioru - oznajmił łącznościowiec.
- Dobrze, no to zaczynamy - skomentował kapitan - poruczniku Regor, zamykamy statek.
- Tak jest - Bazzard usłyszała odpowiedź.

Po chwili rozległ się głośny dźwięk mechanizmów zasłaniających iluminatory mostka. Wielkie i ciężkie zewnętrzne zasłony zaczęły opuszczać się niczym kurtyny w teatrze. Zasłony te były konieczne bo podróż przez Osnowe bo to co kryło się w Osnowie to istny koszmar dla śmiertelników, choćby krótkie spojrzenie w Imaterium kończyło się w najlepszym wypadku szaleństwem... w najlepszym.

- Navis Nobilite, proszę potwierdzić gotowości - dodał kapitan.

Główny nawigator siedział zanurzony w głębokim transie medytacyjnym na swoim specjalnym fotelu. Na głowie miał założony specjalny hełm dzięki któremu był w stanie nawigować wewnątrz Osnowy. Stłoczeni wokół niego adepci Astra Telepathica potwierdzili gotowość. W tym momencie po mostku przetoczył się głośni zgrzyt metalu. Był na tyle wyraźny i głośny, że wszyscy spojrzeli w jednej chwili w tym samym kierunku. Zasłona iluminatora 2A zatrzymała się w połowie swojej drogi.

- Poruczniku Regor, co z moimi zasłonami? - kapitan zadał pytanie, które oczywiście było retoryczne.
- yyyy... mechanizm, sir, chyba się zaciął - odpowiedział zakłopotany porucznik.
- Widzę poruczniku, proszę to naprawić! Łączność, przekazać wiadomość do Komodora, potrzebujemy 5min do zakończenia procedury zamknięcia jednostki.

Pięć minut, Bazzard pomyślała o tym ile może wydarzyć się na polu bitwy w piec minut. Całe odcinki frontu mogą się załamać w mniej niż pięć minut a tu mamy problem z zasłona...
No cóż inna gałąź sił zbrojnych Imperium to inne kłopoty.

Mechanizm zasłony iluminatora był kilkukrotnie restartowany. Zasłona była podnoszona i opuszczana ale zatrzymywała się w tym samym miejscu. Opóźnienie wpływało na opóźnienie całej flotylli które czekały na potwierdzenie o gotowości transportowca. Po dziesięciu minutach zasłona dotarła na swoje miejsce ale runa odpowiedzialna za potwierdzenie pełnego domknięcia zaświeciła się na zielono dopiero po kolejnych dwóch minutach. Główny Technokapłan jednostki odprawił krótki rytuał poświęcenia zasłony aby być pewnym stabilności mechanizmu... kolejne 10 minut.

- Wysłać potwierdzenie zabezpieczenia jednostki - rozkazał kapitan niezwłocznie po zakończeniu rytuału.

Czerwona twarz kapitana zdradzała zakłopotanie i pewną dawkę wstydu. W marynarce najbardziej liczą się szczegóły a dowódca jednostki odpowiada swoim imieniem za całą załogę. Takie wpadki ciągną się latami za kariera oficera i narażają go na zgryźliwe docinki wśród kadry.

- Cóż za wpadka, czyż nie? - skomentował zza pleców Bazzard komisarz Hartman

Elizabeth lekko uśmiechnęła się pod nosem, nie zwróciła uwagi że stary komisarz stał za nią.

- Tak, przypomnij sobie Nachmund, za takie problemy jak ta zasłona, tam dalibyśmy się pokroić.
- Święte słowa Pani Kasztelan. - odpowiedział Hartman.

"Pani Kasztelan", zwracał się tak do niej tylko jak miał coś trudnego do przekazania. Odwróciła się do niego i spojrzała w mu w twarz. Minę miał surowa i sroga, jak zawsze. Teraz, poorana zmarszczkami i kilkoma bliznami zdradzała zaawansowany wiek ale pomimo to dało się dostrzec również wielki wigor który nadal tlił się pod postawa komisarza.

- Pani Kasztelan... o co chodzi Klaus?

Hartman podrapał się po brodzie, którą zawsze miał idealnie ogoloną, nawet podczas najdłuższych kampanii i pomimo braku warunków jakimś cudem zawsze był schludnie ogolony. 

- Po wyjściu z Osnowy zostaję oddelegowany. - odparł po chwili zastanowienia.
- Jak to wysiadam? - odparła Elizabeth.
- Po wyjściu z Osnowy, w sektorze Baumont, mam rozkaz zejścia z jednostki. Dostałem rozkazy z Imperialnego Komisariatu, zostałem oddelegowany z 55tego. - wytłumaczył komisarz -  Chyba trafię za biurko... - dodał po chwili.

Wiadomość przeszyła Elizabeth niczym gorący sztylet. Hartman był jej przyjacielem i mentorem, ogromnie pomógł jej gdy przejmowała dowództwo nad regimentem. Wielu oficerom w 55'tym nie spodobała się ostatnia decyzją starego Desmonda - poprzedniego dowódcy. Hartman wtedy wsparł ją w tym aby naprostować kilka charakterów, dzięki temu dał jej czas w którym udowodniła swoje umiejętności i zdobyła serca i umysły żołnierzy.

- Jak to, za biurko? Dlaczego wcześniej nic nie mówiłeś?
- Bo nie wiedziałem, rozkazy dostałem wczoraj. Uwierz mi, jestem stary i czuje to każdego ranka. Pod tym czarnym płaszczem kryje się coraz chudszy i słabszy człowiek ale odwołanie do Komisariatu... to będzie jak wyrok.

Cały mostek jednostki zadrżał gdy duch maszyny głównego napędu wybudził się ze snu.
 
- Osłony Geller działają bez zarzutu. - dało się słyszeć z sali.

Kolejny dźwięk rozbrzmiał w uszach wszystkich obecnych. To maszyna wspomagająca głównego nawigatora, on sam napiął się jak struma a jego głowa odchyliła się do tyłu. Twarz nie zdradzała bólu ale grymas wskazywał, że transfer do Osnowy to nie jest zwykła procedura dla nawigatora.

- Rozpocząć przejście! - kapitan wydał rozkaz swoim wysokim głosem.

Jednostka rozedrgała się jeszcze bardziej. Zza zasłon iluminatorów zaczęły dochodzić dźwięki trzasków błyskawic co świadczyło, że jednostka przekracza właśnie granice Imaterium. Elizabeth przeczesała biały kosmyk włosów na czole a druga rękę zacisnęła bardziej na balustradzie przy której stała. Transportowiec zaczął wibrować jeszcze bardziej. Z wnętrza jednostki zaczęły dochodzić niepokojące dźwięki. Wydawało się, że jednostka poddawana jest ogromnemu ciśnieniu. Kadłub wył i skrzeczał, jakby był wyginany i skręcany przez jakieś tytaniczne siły. Kapitan rozglądał się po swojej załodze na mostku, wyraz jego twarzy wskazywał że nie jest to normalne.

Dezorientację przerwał przeraźliwy krzyk nawigatora, który nagle zaczął wić się w swoim fotelu jakby coś rozdzierało go od środka. Twarz co chwilę wykrzywiała się w innym groteskowym grymasie bólu. Młodsi adepci nawigacji, którzy wspomagali głównego nawigatora, zaczęli panikować nie wiedząc co się dzieje. Główny Techkapłan zaczął gorączkowo recytować święte hymny diagnostyczne. Dodatkowo wszystko to było przekrzykiwane głośnymi syrenami alarmowymi.

- Co się dzieje Kapitanie - krzyknął Hartman
- Jeszcze... jeszcze nie wiemy - wypiszczał dowódca

Wokół jednostki szalał sztorm Osnowy. Grzmoty wymieszane z jękami plugawych istnień. Elizabeth wiele razy była na pokładzie statku pokonującym galaktykę w ten sposób ale nigdy nie doświadczyła czegoś podobnego. Kadłub jednostki cierpiał niczym żywa istota skręcana i wyginana na wszystkie strony. Osłony iluminatorow na mostku zaczęły wyginać się do wewnątrz po uderzeniach jakichś demonicznych pieści. Wszyscy na mostku spojrzeli na osłonę iluminatora 2A, która przed startem nie chciała się domknąć. Trzy punkty pojawiły się na osłonię, niczym szpony jakiegoś drapieżnika próbowały przebić się do środka a gdy to się nie udało zaczęły przesuwać się od podstawy osłony w jej górę. Pozostawione trzy głębokie bruzdy powodowały, że mechanizm domykający przesłonę zaczął niebezpiecznie zgrzytać i jęczeć. Runa potwierdzająca status tej konkretnej osłony zmieniła kolor na czerwony. Sam iluminator, znajdujący się pod przesłona momentalnie zaszedł szronem, co wskazywało na rozszczelnienie kadłuba.

- Musimy awaryjnie wyjść z Osnowy!!! - krzyknął Hartman - nawigator, wyciągnij nas, przerwij to!

Główny nawigator nadal wierzgał w swoim fotelu, przez jego twarz zaczęły przepływać obrazy innych postaci, demonicznych stworów, plugastwa Osnowy. Na mostku kapitańskim dało się słyszeć charkot, wycie i szalony śmiech istot, które ewidentnie chciały dostać się na pokład a sądząc po stanie statku zaraz mogło do tego dojść. 

- Serce... Fraktalu... - z gardła nawigatora wydobył się gardłowy głos, który ewidentnie nie był jego własnym - powrót...

Komisarz Hartman nie miał wątpliwości, rozpoznał opętanie biednego nawigatora i wolał nie ryzykować. Wymierzył swój pistolet boltowy w głowę nieszczęśnika. Widzący to kapitan jednostki krzyknął.

- Nie, głupcze, zgubisz nas wszystkich!!!

W tej samej chwili transportowcem szarpnęło tak silnie, że dało się słyszeć wycie kompensatorów przyspieszenia które osiągnęły maksimum swoich możliwości. Kto nie był przypięty do fotela gruchnął na ziemie. 
Potem nastała cisza.

Mostek transportowca zalany był mrokiem tak gęstym, że mogło się wydawać iż znajduje się wewnątrz czarnej dziury. Nagle kolejne źródła światła zaczęły przebijać się przez czerń. Najpierw czerwone światła syren alarmowych i potem zielonkawy blask konsol. Kilka sekund później nad mostkiem zapiszczał cienki głos kapitana.

- Panie Calamy, raport uszkodzeń jeśli łaska!!!

Elizabeth Bazzard siedziała na podłodze nadal trzymając się jedna ręką balustrady, czuła się jak po szalonej jeździe na kolejce górskiej. Obolała wstała i przeczesała biały kosmyk włosów.

- Strzeliłeś? - zapytała starego komisarza.
- Nie, nie zdążyłem. - odparł.

W tym momencie dało się słyszeć spływające raport od poszczególnych oficerów. Integralność kadłuba 83%, osłony Geller 46%, w czterech miejscach jednostka traciła atmosferę, doszło do czterech sytuacji w których członkowie załogi popadli w obłęd lub zostali opętani. Jedna z ofiar był główny nawigator, który śliniąc się został powoli zdjęty z fotela. Jego ciało wręcz dymiło choć nie nosiło oznak poparzenia za to po zdjęciu hełmu ukazał się wszystkim widok wypalonego trzeciego oka. Biedak, bełkotał coś bez ładu i składu. Komisarz Hartman nakazał odizolowanie go i trzymanie pod strażą. Jego miejsce, po odmówieniu psalmu oczyszczającego, zasiadł młodszy adept. Podłączony do systemów statku zaraportował.

- Nie rozpoznaje gwiazd, określenie pozycji zajmie nam tygodnie.
- Co jest pod nami? - zapytał kapitan wskazując na wyświetlacz auspex na głównej konsoli.
- Planeta, skład atmosfery zadowalający, sprawdzam w bazie danych parametry w celu ustalenia nazwy. Na razie bez rezultatu.
- Czy to możliwe, że wypadliśmy z Osnowy w niezmapowanym obszarze galaktyki? - dopytał Hartman

Młody nawigator wyglądał na fotelu jakby się rozglądał a po dłuższej chwili odparł.

- To nie możliwe, nie widzę Astronomiconu…

Brak Astronomiconu, latarni Terry, drogowskazu ludzkości mógł oznaczać kilka sytuacji ale żadna z nich nie była dobra. Zbyt duża odległość albo miejsce w ogóle poza znana galaktyką a może są nadal w Osnowie? Choć to ostatnie raczej przygniatało by ich nadal demoniczną emanacją. Elizabeth Bazzard przeczesała biały kosmyk włosów nad czołem. Uświadomiła sobie, że nie pamięta jak nazywa się transportowiec na który został zamusztrowany jej regiment.

- Kapitanie, jak nazywa się pański statek?
- Ararat - odparł zdziwiony tak niedorzecznym pytaniem dowódca.
- Wygląda na to, że Ararat będzie przez jakiś czas naszym wspólnym domem. Proszę przygotować spis wszystkich zasobów na jednostce, będziemy zmuszeni wylądować na tej planecie.


poniedziałek, 25 maja 2026

55th - Descot - Dziedzictwo

 Wnętrze ogromnej katedry wypełnione było wonią tysięcy kadzideł, które uwalniając zapach palonych ziół zagęszczały również delikatną mgiełkę dymu. Dym zdawał się rezonować z niekończącymi się zwrotkami kolejnych pochwalnych psalmów na cześć Boga Imperatora. Główna nawa katedry wznosiła się bardzo delikatnie w stronę głównego wejścia, co zapewniało lepszą widoczność z pozostałych rzędów. Świątynia rozmiarami przypominała wielki hangar, w którym zmieściłby się niewielki krążownik floty Imperium a pomimo takich rozmiarów, wnętrze było wypełnione ludźmi, którzy zgromadzili się by pożegnać dowódcę Pięćdziesiątego Piątego Regimentu Piechoty z Descot. 
Kasztelan Desmond Aubrey został skremowany a jego prochy spoczęły w przyozdobionej ornamentami urnie, która stała przed ołtarzem na specjalnym cokole obok którego stały sztandary regimentu.
Niezliczone rzędy ław, w których siedział cały sztab dowódczy jednostki jak również przedstawiciele innych formacji wojskowych i floty. Ponad głowami siedzących górowały trzy postacie w zbrojach Adeptus Astartes zakonu Kosmicznych Wilków, którzy zostali wysłani aby oddać szacunek zmarłemu dowódcy. W kolejnych rzędach zasiadali wysocy rangą nobilitowani, przedstawiciele Adeptus Administratum, Adeptus Terra i wielu innych służb Imperium. 
W siedemnastym rzędzie, pomimo powagi ceremonii, dwóch dostojnie ubranych mężczyzn prowadziło ściszonym głosem rozmowę.

- Musisz mi opowiedzieć jak do tego doszło, oczywiście dostałem oficjalne zaproszenie ale nie miałem czasu i ochoty zapoznawać się z notą informacyjną, poza tym sam wiesz jak pełne są one ogólnikowego bełkotu. Za bardzo cenię swój czas na takie głupoty... - stwierdził wysoki i szczupły mężczyzna.

- Alginiusie, zawsze Ci powtarzam, że kiedyś nabawisz się przez to kłopotów. Oficjalny ceremoniał jest często ważniejszy niż utrzymanie okopów na Cadii - zażartował grubszy z rozmówców odwracając głowę od swojego przyjaciela.

- Cadii już nie ma tak samo jak ja nie mam czasu na takie oficjały.

- Ohh, drogi przyjacielu, nie często zdarza się taka okazja aby pojawić się w jednym miejscu w takim towarzystwie. Daje to mnóstwo możliwości do nawiązania nowych znajomości, nowych interesów i kooperacji. Gdyby nie śmierć poczciwego Kasztelana Aubrey'a nie mielibyśmy wielkich szans zobaczyć na własne oczy Adeptus Astartes naszego Pana Imperatora, niech nas ma w swojej opiece.

- Petrus, ciebie zawsze ekscytowały ploteczki i knucie - odparł wysoki mężczyzna - no dobrze, to opiszesz mi jak zginął Kasztelan 55 regimentu i dlaczego jest chowany z taką pompą?

- Dobrze, ale w wielkim skrócie - zachichotał Petrus - Kasztelan, miej w opiece jego duszę nasz Imperatorze, brał udział w kampanii o system Nachmund. Wykazał się tam wielkim kunsztem taktyka, stratega jak również dyplomaty bo jego współpraca z Adeptus Astartes nie sprowadza się do wydawania rozkazów, raczej się je przyjmuje a mimo to Zakon poświęcił obecność trzech swoich braci aby oddali mu hołd.

- No dobrze, był bohaterem ale jak zginął? - dopytywał Alginus.

- Po długiej i ciężkiej kampanii zdecydowano o wycofaniu wojsk Imperium z systemu Nahmund, podczas odwrotu, Pięćdziesiąty Piąty musiał przebić się przez linie sił zdradzieckich legionistów a dokładnie przez linie bandy "Forgotten Sons". To jakaś banda renegatów, która napsuła sporo krwi naszym siłom. Sam Desmond zdecydował się na osłone tyłów swoich oddziałów, bardziej dbał o swoich ludzi niż o siebie. Gdy wszystko wskazywało na to, że uda się osiągnąć cel uratowania regimentu, Lord Chaosu wraz ze swoim oddziałem w pradawnych zbrojach odciął mu drogę odwrotu. Ciało Aubrey'a zostało odzyskane, sami najwyżsi kapłani odprawili wielodniowe obrzędy oczyszczenia go z plugastwa chaosu. Kremacja odbyła się również pod nadzorem Inkwizycji.
Pogrzeb, nawet tak wielki, to już była błahostka przy skali zaangażowania tylu służb imperium w tej operacji. Sama wizyta trzech Astartes to niebywały precedens, aby zakon Kosmicznych Wilków, oddelegował ich tylko na potrzeby pogrzebu jednego człowieka. Człowieka! - podkreślił Petrus

- A skąd Ty to wszystko wiesz?

- Do mojego lokalu, zaczął uczęszczać jeden z oficerów z 55'tego. Facet lubi wypić mocny trunek, jest hazardzistą i na dodatek strasznym gadułą. W dodatku nie znosi obecnego dowódcy, ma uraz że ominął go awans itd.

- To kto teraz prowadzi 55'ty?

- Pani Ksztelan, Elizabeth Bazzard, pierwszy rząd zaraz na przeciwko urny, młoda kobieta, czarne włosy z białym kosmykiem nad czołem.

Alginius, dzięki swojemu implantowi w lewym oku, odszukał kobietę o której mówił jego przyjaciel. Pomimo odległości udało się jej przyjrzeć, młoda kobieta o zamyślonej i zarazem smutnej twarzy, ewidentnie pogrożona w żałobie. Wrodzoną urodą nie pasowała do fachu jakim się zajmowała, życie w Astra Militarum to brutalny i szorstki świat a Ona przedstawiała sobą piękno i delikatność... co bardzo go zaintrygowało.

- Bazzard, cóż to za pospolite nazwisko? - skomentował Alginius, nie spuszczając z niej swego uzbrojonego w implant oka.

- Ano właśnie pospolite - odparł Petrus - Pani kasztelan zaczynała jako zwykły sierżant ale podczas kampanii poprowadziła swój pluton do heroicznej szarży na Demona chaosu. Cały pluton został wybity do nogi ale Ona była jedyną ocalałą - wg plotek znalezioną ją trzymającą swój bagnet zatopiony w ciele czegoś co wcześniej było opanowane przez owego Demona. Ranna został odtransportowana do szpitala, gdzie Desmond uhonorował ją polowym awansem na oficera, po rekonwalescencji doszła do siebie choć pozostała jej pamiątka po tamtej bitwie - biały kosmyk włosów nad czołem. Po ukończeniu przyspieszonych kursów i szkoleń zaczęła wspinać się po szczeblach kariery oficerskiej. Młoda, błyskotliwa plus Desmond ewidentnie ją lubił.

- Może miała z nim romans? - zapytał Alginius.

W tym momencie twarz Pani Kasztelan pochmurniała nieco bardziej, na tyle na ile Alginius mógł to dostrzec. Elizabeth uniosła delikatnie głowę, która wcześniej była mocno pochylona w modlitwie i spojrzała delikatnie w lewo tak jakby rozglądała się za kimś aby po chwili znowu powrócić do kontemplacji i modłów.
Chóry serwitorów zaczęły nucić pieśń Lex Imperator, po pierwszej zwrotce reszta katedry również przyłączyła się do pieśni.

- Nonsens - odparł Petrus - z mojego źródła wnioskuję, że faktycznie Stary objął ją swego rodzaju protektoratem ale był dla niej za stary, dzieliło ich kilkadziesiąt lat różnicy. Może widział w niej coś w stylu córki lub po prostu dostrzegł w niej następcę? Podobno ma talent w dowodzeniu ludźmi.

- No dobrze ale to raczej oczywiste, że tak faworyzowana osoba, będzie miała całą kadrę oficerską regimentu przeciwko sobie. Jak Ona ma teraz dowodzić w takim środowisku?
  
- Hartmann.

- Kto?

- Hatmann, Komisarz Hartmann, dobry przyjaciel Aubrey'a. Jeszcze za życia Starego, pilnował jej kariery i pomagał w "rozwiązywaniu" problemów z innymi oficerami. Teraz po śmierci Desmonda zapewne stanie się jej prawą ręką. - podsumował Petrus.

- Może Pani Bazzard ma romans z Komiasarzem Hartmannem? - zapytał nie kryjąc uśmiech Alginus, cały czas obserwując kobietę.

Elizabeth, ponownie delikatnie uniosła głowę i rozejrzała się, tym razem w prawo aby kolejny raz po chwili wrócić do modlitwy. Ta krótka chwila pozwoliła Alginiusowi jeszcze lepiej przyjrzeć się jej twarzy. Faktycznie naturalne piękno uderzało i było w ogromnym kontraście do prostego wojskowego munduru Astra Militarum. Widoczny biały kosmyk włosów wyglądał nienaturalnie na tle czarnych włosów ale pomimo to nadawał jeszcze ciekawszego charakteru jej twarzy. Alginius zastanowił się przez kilka sekund, jak taka delikatna kobieta może odnaleźć się na polu bitwy, walcząc przeciwko wrogom Imperium.

- Komisarz Hartmann to służbista w pełnym tego słowa znaczeniu, rozstrzelałby własną matkę gdyby miał ku temu podstawy. Gdyby dopuściłby się takiego romansu to sam wydałby rozkaz "Ognia" plutonowi egzekucyjnemu, który miałby go rozstrzelać. - zażartował Petrus.

- Tylko z tego co mówisz - Alginius ciągnął wątek dalej - nowy dowódca, to kobieta, z pospolitym nazwiskiem, zaczynająca swojaj karierę z poziomu stopnia podoficerskiego i mająca wsparcie Dowódcy regimentu i Komisarza. Rozumiem, że do pewnego stopnia i na ogólnym poziomie włos z głowy jej nie spadnie ale koszary Astra Militarum są często wielkie i pełne ciemnych zaułków. Ba w samej bitwie nie trudno o jakiś "zbłąkany" strzał od oficera z własnego oddziału. - kontynuował wywód.

- Masz rację ale Pani Kasztelan, zdobyła zaufanie swoich ludzi czynami. Prowadzona przez nią kompania, odnosiła spore sukcesy nie ponosząc zbyt wielkich strat. To ostatnie jest bardzo lubiane przez zwykłych żołnierzy - jak łatwo się domyśleć.

Chór zakończył Lex Imperator długą, wręcz gardłową nutą, po której to kolejny psalm rozpoczęty został przez głównego Kapłana Katedry.

- Z doświadczenia wiem, że wystarczy jeden gniewny człowiek - nie odpuszczał Alginius, wciąż spoglądając na modlącą się kobietę.

Petrus uśmiechnął się tak jakby coś właśnie zrozumiał.

- I tu dochodzimy chyba do sedna, mianowicie nikt, również my dwaj, nie doceniamy Pani Bazzard. - odparł Petrus - Często zdarza się, że oficer otacza się zaufanymi ludźmi, tworząc swego rodzaju gwardie przyboczną. W przypadku naszej nowej Pani Dowódcy nie jest inaczej, ma swoich ludzi ale w śród nich jeden na pewno wyróżnia się ponad wszystko. 

Petrus pochylił głowę nisko i wymamrotał dwie kolejne linijki psalmu rozpoczętego przez Kapelana.

- No nie trzymaj mnie w takiej niepewności - zaczął niecierpliwić się Alginus - któż to taki i gdzie siedzi, chce go obejrzeć?

- Tej postaci chyba dziś nie obejrzysz.

- Jak to? - dopytał, coraz to bardziej zaciekawiony Alginius.

- To Abhuman a ich nie wpuszczają do pierwszych rządów na tak znakomite pogrzeby.

- Abhuman, masz na myśli Ogryn'a?

- Tak, Pani Kasztelan ma w swojej gwardii przybocznej Ogryn'a, jeśli dobrze pamiętam nazywają go "O.J." - ciągnął dalej Petrus

Po katedrze tym razem rozniósł się donośny lecz wysoki głos młodego chłopca, solisty ubranego w prosty biały habit z przewieszonym przez szyję wielkim różańcem. Pieśń którą śpiewał rozniosła się po sam szczyt sklepienia katedry i ciężko można było uwierzyć że tak mała istota potrafi tak donośnie śpiewać. 

- O.J. pospolite przezwisko ciągnie swój do swego - zakpił Alginus.

- Zgoda ale faktycznie ich dwójka jest wręcz nierozłączna, no może poza taką jak dziś okazja, za to do boju idą zawsze razem. Podobno uratowali sobie nawzajem życie nie raz a to chyba wiąże ludzi mocno... - usprawiedliwiał Petrus.

Alginus oglądając wciąż Elizabeth swoim sztucznym okiem, nie był w stanie wyjść z podziwu jej urody i delikatności a zarazem czuł do niej żal że marnuje swoje życie na karierę w Astra Militarum, co jak ogólnie wiadomo nie ma zbyt długiego horyzontu jeśli chodzi o przeżywalność. Marnotrawstwo takiej urody powinno być karane - pomyślał - i na dodatek jeszcze abhuman w jej otoczeniu. 
Myśl o tym, że nie będzie mu dane nigdy jej poznać, obcować z jej urodą wprawił go w dziwny gniew wymieszany z zazdrością...

- Może ma z nim romans? - zapytał szyderczo Alginus.

Jego przyjaciel nie zdążył zareagować bo w chwili gdy Alginus zadał to pytanie, Elizabeth Bazzard, którą oglądał na pełnym powiększeniu, która wypełniała całą jego matrycę implantu, która urzekła go swoją urodą... błyskawicznie odwróciła głowę w prawo i spojrzała dokładnie w implant Alginusa. Dzieliło ich siedemnaście rzędów ław, wypełnionych gośćmi i oficjelami zapewne było ich ponad dwieście osób a Ona spojrzała dokładnie na niego! Jej wzrok był przenikliwy i powodował wręcz fizyczny ból wymieszany z upokorzeniem. 
Speszony Alginius w jednej chwili pochylił głowę i odszukał w pamięci wersy kolejnego psalmu, który obecnie był odmawiany i nerwowo zaczął go głośno recytować.

- Wszystko w porządku? - zapytał Petrus zdziwiony nagłą zmianą w postawie przyjaciela, który od samego początku pogrzebu nie wyrecytował nawet jednej linijki psalmu. - Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha.